Hordubal sapie i oczami nabiegłymi krwią rozgląda się po ludziach.
— Nie wiedziałem — tłumaczy się — że tu jest ceber.
Wtem dostał sztachetą w głowę, i jeszcze, i jeszcze. Dwóch, trzech, czterech ludzi w milczeniu tłucze Hordubala po głowie, aż dudni.
— Precz ode mnie! — ryczy Hordubal i po ciemku wymachuje rękoma, uderza w czyjś nos, pada na ziemię i próbuje wstać.
— Biją się! — wrzeszczy ktoś.
Hordubal wstaje, ale wstać nie może, dźwiga się pod uderzeniami i stęka. Znowu się podnosi i próbuje stanąć na nogach.
— Co wy tutaj!? — słychać prędki, zadyszany głos i chlast, chlast, bykowcem83 po łbach! Prosto w skotłowany tłum. Ktoś ryknął z wściekłości. Uwaga, noże! Wasyl Gerycz Wasylów dyszy potężnie i potrząsa bykowcem nad ciałem Hordubala. Juraj próbuje wstać.
— I precz mi stąd! — krzyczy wójt, chlaszcząc bykowcem.
Hej, żebyś ty nie był wójtem! Ale co tam wójt! Wasyl Gerycz Wasylów to zabijaka przesławny. Już i baby odważają się wyjść na ulicę i z rękami założonymi spoglądają ku karczmie.
Juraj Hordubal chce wstać, ale głowa jego leży na kolanach Wasyla i ktoś obmywa mu twarz. A, to Pjosa.