— To nie była uczciwa bitwa, Wasylu — mruczy Amerykanin. — Napadli od tyłu i dwaj przeciwko jednemu...
Ech, ty Juraju, sześciu ich było łobuzów i wszyscy ze sztachetami z płotu. Twardy masz łeb, że ci nie pękł.
— No, a Gejza? — kłopocze się Juraj.
— Gejza ma dość tymczasem. Zanieśli go do domu — rzecze wójt.
Juraj odetchnął z zadowoleniem.
— Będzie trzymał język za zębami, pieski syn — mruczy i próbuje wstać. No, chwała Bogu, już jest dobrze. Już stoi, ale trzyma się za głowę. — Czego oni chcą ode mnie? — dziwi się. — Pójdź jeszcze pić, Wasylu. Nie dali mi śpiewać, gałgany!
— Idź do domu, Juro — przygaduje mu wójt. — Odprowadzę cię, bo mogli się tu gdzie zaczaić na ciebie.
— Ja się ich bać nie będę — stawia się Hordubal i zataczając się, idzie do domu.
Nie, nie jestem pijany, Polano, ale pobili mnie w karczmie. Za co mnie pobili? E, tak sobie, duszko, z uciechy, żartem mierzyliśmy się siłą z Fedeleszem Gejzą.
— A wiesz ty, Wasylu — opowiada Juraj z jakimś wesołym ożywieniem — i w Ameryce miałem taką walkę. Rzucił się na mnie jeden majner z młotem. Niemiec był, zdaje się, ale ci inni odebrali mu młot i otoczyli nas kołem, a teraz bij się jeden z drugim gołymi rękoma. Ej, Wasylu, dostałem ja wtedy zdrowo po łbie, ale Niemca zmogłem. I nikt się nam w to nie mieszał.