Hordubal wyrwał mu się gwałtownie.

— Idź, idź, Geryczu, bo... Póki życia mojego, jak Bóg nade mną, nie chcę cię znać, choć byłeś najlepszym moim przyjacielem!

I nie odwracając się już, idzie Hordubal niepewnym krokiem do domu. Gerycz odsapnął tylko i długo po cichu klął w pustkę nocy.

XIV

Rano zaprzęga Szczepan konia do wozu, bo pojedzie w dół na równinę. Z obory wychodził Hordubal, dziwny jakiś, spuchnięty, z oczami nabiegłymi krwią.

— Pojadę z tobą, Szczepanie — mówi krótko.

Wóz pędzi środkiem wioski, ale Juraj nie patrzy ani na ludzi, ani na konie. Niedaleko za wsią mówi:

— Stój i zejdź z wozu, coś ci powiem.

Szczepan zuchwałym, płonącym okiem patrzy w obitą twarz gazdy, jakby mówił: No co?

— Słuchaj, Manya — zaczyna Hordubal z ociąganiem — słychać takie brzydkie gadanie o... Polanie i o tobie. Ja wiem, że to plotki, ale trzeba z nimi skończyć. Rozumiesz?