Kumy się śmieją: Dziwne zaręczyny! Narzeczony chodzi zasępiony jak wszyscy diabli i gada półsłówkami. Coś go gryzie. Narzeczona bawi się z dziećmi nad potokiem, z sukienką podkasaną aż do pasa, nawet wstydzić się jeszcze nie umie. A Hordubal wymachuje rękami, chodząc po wsi, i chełpi się przyszłym swoim zięciem. Tylko Polana, dziwaczna kobieta wprawdzie, ale dostrzega, że dzieje się coś pociesznego, co ludzi śmieszy, i za nic w świecie nie wytknęłaby nosa przed furtkę. Tak to, tak, ludzie drodzy, i nie gadajcie, że wszystko tu jest w porządku.
Czy Hordubal nie widzi, że Szczepan chodzi zasępiony i zły? Może i widzi, ale omija Szczepana. Tylko przez ramię i półgębkiem powie mu, co ma robić, i na tym koniec. Zaraz też gdzieś odchodzi. Szczepan patrzy za nim tak, jakby mu chciał łeb urwać.
Ale Manya postanowił nie dać się. Czeka więc na gospodarza z zębami zaciętymi tak mocno, że skóra na twarzy drga mu jak żywa. Gazda idzie przez podwórko.
— Należałoby, Szczepanie, pojechać na łąkę. — I natychmiast chce iść dalej, ale Manya zatrzymuje go i mówi:
— Muszę z wami, gospodarzu, o czymś pomówić.
— Cóż tam znowu? — uchyla się Hordubal. — Rób swoje i dość!
Szczepan jest po prostu popielaty z wściekłości. Dziwne! Zawsze bywał żółty.
— Cóż to wy rozgadujecie o mnie i o Hafii? — mówi ostro.
Hordubal podnosi brwi.
— Co rozgaduję? Że zaręczyłem córkę z parobkiem.