Manya syczy ze złości.
— I na co... na co wy... Teraz ludzie się śmieją ze mnie wszędzie, gdziekolwiek mnie spotkają. Czy rychło będą chrzciny? Albo: Dalej, Szczepanie, leć na pomoc narzeczonej, bo ją goni gąsior...
Hordubal zaczyna pogłaskiwać się po potylicy.
— Daj im spokój, niech się śmieją. Sprzykrzy im się.
— To mnie, mnie, gospodarzu, już się sprzykrzyło — cedzi Szczepan między zębami. — Nie chcę, żeby się ludzie ze mnie śmiali.
Hordubal oddycha jakby z trudem.
— Ani ja nie chcę, żeby się ludzie ze mnie śmiali. Dlatego cię zaręczyłem. Więc co jeszcze?
— Ja nie chcę! — zgrzyta Szczepan zębami. — Ja... ja tu nie będę ludziom na wyśmiewisko jako narzeczony smarkatego dzieciaka!
Hordubal, z ręką wciąż jeszcze na potylicy, mierzy go z góry oczami.
— Powtórz, coś powiedział! Że nie będziesz?