I ciężkimi wolnymi krokami idzie precz, gładząc sobie potylicę. Takie dziwne gorąco w karku...
Za płotem sąsiada ktoś krótko zachichotał.
XX
Polana, juścić, zamknięta w komorze i siedzi tak cicho, jakby już nie żyła.
Hordubal zaraz z rana zaprzęga do wozu trzylatka i ciężkiego wałacha. Niedobrana para: ogierek zadziera łeb do góry, wałach kiwa głową jakoś poważnie. Dziwna para.
— Powiedz matce, Hafio, że jadę do miasta. Wrócę dopiero wieczorem, jak Bóg da.
Niech krowy ryczą z głodu, niech konie tłuką kopytami, niech świnie chrząkają, a prosięta kwiczą. Polana musi przestać dąsać się, jest przecie gospodynią. Pójdzie i opatrzy bydlątka. Bo czyż można gniewać się na stworzenia boże?
Wałach kiwa głową, a ogierek zadziera łeb do góry. I Szczepan zadziera głowę tak samo. Trzylatka zaprzęgał z klaczką, że dobrze do siebie pasują. Heta, heta, czemu gryziesz wałacha, ty złodzieju? E, wyjdzie Polana z komory, aby nakarmić zwierzęta, gdy mnie nie ma w domu, i uspokoi się. Miasto tuż. Widzisz i powoli dojedziesz do niego.
Najpierw do adwokata, że tak i tak, panie wielmożny, chciałbym zrobić testament. Człek nie wie nigdy dnia i godziny. Więc taki testament. Mam żonę, Polana jej na imię. Wypada, żeby żona dziedziczyła po mężu.
— A cóż jej zapisujecie, panie Hordubalu? Zagrodę, pieniądze, papiery cenne?