Hordubal nieufnie spogląda na adwokata. A ty na co chcesz wiedzieć takie rzeczy? Napisz tylko: wszystko, co mam.

— Więc napiszemy: wszelkie mienie, ruchome i nieruchome...

Hordubal przyświadcza skinieniem głowy. Tak, wielmożny panie, bardzo to dobrze powiedziane, że wszelkie mienie ruchome i nieruchome, za wszystką jej miłość i wierność małżeńską.

I podpis: w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Hordubal waha się jeszcze.

— I co, wielmożny panie, można znowu wyprowadzić się do Ameryki?

— Ale gdzie tam, panie Hordubalu, w Ameryce mają za dużo robotników, nikogo tam teraz nie wpuszczają...

— Hm, więc tak. A czy nie ma tu w mieście jakiej factory?

— A, fabryki? Są tu i fabryki, ale stoją, nie pracują. Złe czasy, panie Hordubalu — wzdycha adwokat, jak gdyby sam dźwigał brzemię złych czasów.

Hordubal przyświadcza skinieniem głowy. Cóż robić? Już widać ludzi nie potrzebują. Nikomu niepotrzebny taki Hordubal. Szkoda tych pracowitych rąk. Ale może tu gdzie potrzebują koni, takich koni, co chodzą z głową zadartą?

Juraj Hordubal szuka pana komendanta, co rządzi żołnierzami. Tam oto, w koszarach.