— Cóż, gospodarzu, szukacie tu syna?

— Nie, nie syna, ale sprzedałbym trzylatka, panie dragonie.

— Tutaj koni nie kupują — mówi żołnierz, ale ręce same wyciągają się ku konikowi, obmacują nogi i kark. — Konik jak sarenka, gospodarzu.

I zaraz podchodzi jakiś oficer i kręci głową.

— Sprzedać konia? Trudna sprawa, sąsiedzie, teraz nie ma poboru koni. Że konik wasz został przyjęty już na wiosnę? Ładne zwierzę, a czy już ujeżdżone? Jeszcze nie, powiadacie, nie chodziło jeszcze pod siodłem, tylko wasz parobek dosiadał go oklep?

Oficerów stoi już z pięciu.

— I co, ojczulku, czy można spróbować konika?

— Czemu nie, panie oficerze, ale to dziki koń.

— Dziki? Zaraz zobaczymy. Dajcie no tu, chłopcy, uzdę i derkę. Co by to było, żeby miał zrzucić naszego Antosia?

I zanim byś doliczył do pięciu, już na koniku siedzi pan oficer. Ogierek podskoczył, stanął na zadnich nogach, a pan oficer bęc na ziemię! Zręcznie zleciał, usiadł i zaraz się ze śmiechem podnosi, a teraz, chłopcy, gońcie konia po dziedzińcu koszar. Tłusty pan komendant chichocze, aż mu się brzuch trzęsie.