— Chciałabym.
— Zrobię ci klatkę dla królików, taką samą, jaką miał majner Jensen. Ech, Polano, w Ameryce jest takich rzeczy bardzo dużo... Wszystko sam zrobię — Hordubal kiwa głową. — Czekaj, zabiorę cię ze sobą w góry, na połoninę, tam jest taki dziwny zrąb, że nawet Misio nie wie, co by to być mogło. Idź, idź, powiedz matce, że Szczepan wróci.
Hordubal jest jakiś zadowolony, kładzie się i zamyka oczy. Robi się ciemno jak w chodniku kopalnianym. Buch, buch! — walą młoty w skałę. A Szczepan się śmieje, że to same kamienie. No, dobrze, ale za to nie wiesz, ty głupi, co to jest robota. Po robocie poznaje się chłopa. A jakie drzewo, duszko, masz na dworze? Same proste szczapy? A ja rąbałem pniaki i karpinę98. Rąbanie takich pniaków to robota dla chłopa. Albo dobywanie kamieni z ziemi. Hordubal jest zadowolony. Dużo się napracowałem, Polano, Bóg mi świadkiem, że dużo. Ale dobrze jest i tak. Wszystko w porządku. I Juraj z rękoma skrzyżowanymi spokojnie zasypia.
Zbudził się o zmierzchu, bo zmrok ciąży.
— Hafio! — woła — gdzie jest Polana? Hafio!
Cicho, tylko z oddali, słychać dzwonienie. Stada wracają z pastwiska. Hordubal wyskoczył z łóżka i wdziewa spodnie: trzeba krowom wrota otworzyć. W głowie się człowiekowi kręci od tego leżenia. Juraj wlecze się z izby na podwórko i na oścież otwiera wrota. Dzwonienie zbliża się, wali się jak rzeka, jak gdyby się cały świat rozdzwonił krowimi dzwonkami i brzękaniem dzwoneczków cielęcych. Jurajowi chce się uklęknąć, bo jeszcze nigdy nie słyszał takiego uroczystego i wspaniałego dzwonienia. Kiwając głowami, wchodzą na podwórko dwie krówki, ogromne jakieś, z jasnymi wymionami. Juraj opiera się o wrota i jest mu tak dobrze, tak błogo, jakby się modlił.
We wrota wpadła Polana, śpiesząc się, zadyszana.
— Ty już wstałeś? — wyrwało jej się pytanie. — A gdzie Hafia?
— Wstałem — mruczy Juraj, jakby się tłumaczył. — Już mi dobrze.
— Idź, idź, połóż się jeszcze — każe Polana. — Rano... będziesz zdrów zupełnie.