Przerażona Hafia siedzi w kącie, przy płotach stoją zdrętwiałe sąsiadki, gromadka mężczyzn tłoczy się koło furtki. Wójt idzie prosto do Polany i kładzie jej rękę na ramieniu.

— Przestańcie, gaździno. A co mu się stało? Gdzie ma ranę?

Polana zadrżała:

— Ja nie-nie-nie wiem, ja tam nie byłam, nie mogłam...

Wójt przygląda jej się uważnie. Była blada i twarda jakaś. Zmuszała się po prostu, żeby tak biegać po podwórku i biadać.

— Więc kto go widział?

Polana zaciska usta, ale w tej chwili nadchodzą żandarmi i zamykają furtkę ludziom przed nosem. Przybywa stary, otyły Gelnaj z kołnierzem rozpiętym i bez karabinu, i Biegl, nowy żandarm, błyszczący nowizną i gorliwością.

— Gdzie jest? — pyta Gelnaj półgłosem.

Polana wskazuje ku izbie i zawodzi.

Hordubal Amerykanin leży na łóżku, jakby spał. Gelnaj zdjął kask i ociera pot z czoła, żeby zatuszować wzruszenie. Gerycz sterczy zasępiony we drzwiach. Tylko Biegl podchodzi ku leżącemu człowiekowi i pochyla się nad łóżkiem.