była tęczami świecącym atłasem.

Zawsze mew za nim leciała gromadka,

którym jeść rzucał, i nad łodzią pasem

krążyły śnieżnym, że łódź jako chatka

zdała się polska pod gołębi sznurem,

jak łąk zielenią, oblana lazurem.

Tam, na wznak leżąc ku niebu oczyma,

nieraz dni całe przepędzał samotnie,

myśląc, że przeszło lato, przyjdzie zima,

albo też myśląc to samo odwrotnie.