hen, ponad siną zatoki obręczą,

wisiała drżąca, jakby dźwiękiem fletu

kędyś wśród laurów ukrytego Pana

w błękitne rytmy sennie kołysana.

Siedzieli cicho, wsłuchani w milczenie

odległych pustek, w bezmiar wód wpatrzeni,

samotni, cisi, bez ruchu dwa cienie,

wyszłe z cyprysów tajemnej zieleni.

Tylko swe zgodne jednotonne tchnienie

słyszeli, wzajem do się przytuleni.