Stanęła smukła, gibka jak topola,

a na twarz wyszły jej rumieńców róże —

zażenowała ją szatek swawola,

które wiatr lekki podnosił ku górze,

więc się ogarnia rączkami, pół dzika,

pół przestraszona patrząc na Henryka.

Pani Irena stała blada cała —

w jej oczach tysiąc zaświeciło błysków,

zda się, że nagle na głaz skamieniała

i była jak statua z wodotrysków