Dnia 7 stycznia, w niedzielę

O! w samej rzeczy pełno było i jest gości; staremu Jacentemu przybyły dwa nowe zmarszczki na czole, ale my zabawiliśmy się cudownie. Nie ja, lecz Basia została królową, i równie wesoło zszedł mi wieczór, jak gdybym ja nią była. Kiedy przy końcu obiadu, po rozdaniu placka, Basi migdał się dostał, jakby we krwi stanęła; a gdy to nasza Madame, przy niej siedząca, na głos oświadczyła, wszyscy będący u stołu, nawet dworscy za stołem, krzyknęli: „Wiwat!”. Macieńko powiedział z uśmiechem: „Kto dostał migdała, dostanie Michała. Bo to podobno jest taka wróżba: której pannie w dzień Trzech Króli migdał się dostanie, ta jeszcze w te same zapusty za mąż pójdzie”. O! dałby Bóg, żeby się ta wróżba na Basi ziściła, mielibyśmy wesele.

Pan starosta ciągle mi się nie podoba, taki poważny; wczora tylko polskie tańce tańcował, o Paryżu, o Lunewilu bardzo mało rozprawia, z nami, pannami, wcale się nie wdaje, do żadnej nie przemówił; z Państwem jedynie rozmawia, gra w mariasza, gazety czyta — zawsze powtarzam, że już wolę brata; naprzód młodszy i przecie na nim znać więcej Paryż i Lunewil.

Ale... zapominam o Michale Chronowskim; ceremonia wyzwolenia jego odbyła się po obiedzie, ubawiła mnie bardzo. Wszyscy goście zebrali się na sali i zasiedli; Jmć Dobrodziej zajął nieco wyższe krzesło w środku, otworzyły się podwoje, marszałek, dworskich kilku wprowadzili wyzwoleńca, już nie w barwianych, ale w paradnych sukniach: ukląkł przed Jmć Dobrodziejem, ten go uderzył z lekka w twarz, żeby pamiętał łaskę jego, przypasał mu szablę do boku, wypił do niego spory kielich wina i ofiarował konia z siedzeniem i drugiego z masztalerzem, którzy już w tę chwilę czekali przed zamkiem na nowego pana; zapytał go się potem, czy chce pozostać u naszego dworu, czyli też woli iść w świat, Chronowski odpowiedział, że lubo113 mu bardzo tu dobrze, przecież życzyłby sobie szukać promocji, i żądał rekomendacji do księcia Lubomirskiego, wojewody lubelskiego, szwagra Jmć Dobrodzieja. Przyobiecał ją, a wsunąwszy mu w rękę 20 czerwonych złotych114, prosił, ażeby w zamku maleszowskim do końca zapust gościć raczył. Przyjął Chronowski te zaprosiny z wielką radością, a skłoniwszy się do nóg obojgu Państwu i wszystkie przytomne115 damy pocałowawszy w rękę, przypuszczonym został do naszej kompanii i w wieczór dzielnie z Basią mazura i krakowiaka wywijał; przyznać mu trzeba, że nikt tak gładko i ochoczo nie tańcuje jak on; Basia także dziwnie w tańcu szykowna i pięknie im było razem.

Dnia 8 stycznia, w poniedziałek

Już też rzecz niepodobna, żeby komu wróżba migdała prędzej się ziściła; Basia tych zapust jeszcze pójdzie za mąż, a za kogo? za Michała; bo panu staroście Świdzińskiemu Michał na imię, a on wczora wieczór Jmć Dobrodzieja o jej rękę prosił; przysłali po nią Państwo dziś rano przed śniadaniem, oświadczyli jej tę jego prośbę i zaręczyny odprawią się jutro. Basia zapłakana wróciła do nas; powiedziała nam, po co ją wołał pokojowiec; mówiła mi, że się boi iść za mąż, że jej bardzo żal będzie domu rodzicielskiego, ale że niepodobna tej partii omijać, kiedy ją oboje Państwo zapewniają, że będzie bardzo z panem starostą szczęśliwa. Ma być człowiek pobożny, uczciwy, łagodny; familia jego szlachecka, dawna, majętna; pod Chocimem116, pod buławą sławnego Chodkiewicza117 trzej bracia Świdzińscy: Aleksander, Michał i Antoni, polegli; majątek piękny, już ma wypuszczone od rodziców dobra Sulgostów z wspaniałym pałacem, a oprócz tego król mu dał niezłe starostwo i czekać tylko, rychło kasztelanii118 dostanie. Pan wojewoda i ksiądz Wojciech jedynie tu po to przyjechali, już od dawna ten projekt mieli i bardzo sobie gorąco życzą, żeby doszedł do skutku. Panu wojewodzie niezmiernie miała Basia do serca przypaść; jak ją pozna, pokocha ją jeszcze lepiej. Będziemy więc mieli wesele; o! cieszę się niesłychanie; odprawi się w maleszowskim zamku 25 lutego, w same ostatki: będziemyż tańcować!... Basia zostanie panią starościną; to jedyna szkoda, że już jej nie będzie wolno Basią nazywać. Żal mi teraz tego, com o panu staroście w tym dzienniku napisała — ale cóż? nie jest ci to nic tak bardzo złego. Wreszcie kiedy się Basi podoba, to i dosyć; ona mówi, że się zawsze młodych bała, że lubi takich poważnych mężczyzn, i Jmć Dobrodziejka jej powiedziała, że tacy najlepszymi bywają mężami. Może być, ale ja jednak wesołych i fertycznych119 wolę; każdemu swój gust mieć wolno... Ale, ale... dziś też niezawodnie odprawi się w Warszawie inwestytura królewica Karola na Księstwo Kurlandzkie: już wyzdrowiał. Pan pułkownik Świdziński zna go z bliska, odchwalić się nie może jego przyjemności; pan wojewoda i starszy syn jego nie są jednak za tym, żeby on był po ojcu królem polskim; mówią, że rodak lepszy.

Dnia 10 stycznia 1759 r., we środę

Już więc po zaręczynach: odprawiły się wczora. Do obiadu wszystko było jak zwyczajnie, Basi tylko, gdyśmy na pokoje się zeszli, Jmć Dobrodziejka dała do zwinięcia motek splątanego jedwabiu120. Basia wzięła się do tej roboty; cała w płomieniach; oczów na nikogo podnieść nie śmiała, tym bardziej że oczy wszystkich, a szczególniej pana starosty, na nią zwrócone były. Wolała więc patrzeć jedynie w swój jedwab i w ziemię; a do tego niegodziwy Macieńko sprzeciwiał jej się niesłychanie, żarciki sobie z niej stroił, z których wszyscy śmieli się serdecznie: ja tych żarcików po większej części nie rozumiałam, ale jednak śmiałam się może więcej od wszystkich. Po obiedzie Basia usiadła przed zwijadełkiem121 w oknie, pan starosta zbliżył się do niej i powiedział dosyć głośno: „Czyż prawda, że Waćpanna Dobrodziejka nie sprzeciwiasz się szczęściu mojemu?” — „Wola najukochańszych rodziców była zawsze dla mnie najświętszym prawem” — odpowiedziała Basia cichym i drżącym głosem i skończyła się narzeczonych rozmowa.

Gdy się liberia122 i dworscy rozeszli i zostaliśmy sami z gośćmi, pan wojewoda z księdzem Wojciechem powstał z miejsca swego, wziął za rękę pana starostę, stanął z nim przed Państwem, którzy właśnie razem na jednej kanapie siedzieli, i tak powiedział: „Od dawna serce moje najszczerszym afektem123, najgłębszym uszanowaniem ku przezacnemu domowi Korwinów Krasińskich jest przejęte; od dawna życzę sobie gorąco, ażeby skromny nasz Półkozic124 uświetnił się ich zacnym Ślepowronem; i niewymowną jest dla mnie satysfakcją, iż przecudowna łaska JW. WaćPaństwa Dobrodziejstwa tej konsolacji125 dziś zakosztować mi pozwala. Macie przezacną córę Barbarę, ja mam syna Michała, który jest chlubą i pociechą moją; raczyliście się już przychylić do połączenia dozgonnie tej młodej pary: raczcie dziś potwierdzić tę obietnicę. Oto pierścień, który przed laty od rodziców dla zmarłej już, niestety! lecz żyjącej jeszcze w sercu moim oblubienicy w podobnymże razie dostałem: pozwólcie, ażeby go syn mój na zadatek ściślejszego związku córze waszej ofiarował”. To mówiąc, dobył kosztownego pierścienia z brylantami i złożył go na tacy, którą trzymał ksiądz Wojciech; ten przemówił także do Państwa, ale że wiele przymięszał łaciny, nie zrozumiawszy nie mogłam słów jego spamiętać. Jmć Dobrodziej zaś tak obudwom odpowiedział: „Com onegdaj wyrzekł, to i w tej chwili powtarzam; przeciwko dozgonnemu związkowi córki mojej z zacnym starostą nic nie mam; daję mu ją chętnie z życzliwym błogosławieństwem i całe moje prawo ojcowskie nad nią zlewam na niego”. — „I ja toż samo z serca czynię — dodała Jmć Dobrodziejka — oto pierścień, klejnot w domu moim najdroższy, bo go ojciec mój, Stefan Humiecki, wojewoda podolski, z rąk śp. Augusta II dostał, kiedy do skutku pakta karłowieckie126 doprowadził i Kamieniec Podolski ostatecznie Turkom odebrał. Tym pierścieniem ja zaręczoną zostałam, ten pierścień najstarszej córce mojej daję, z macierzyńskim afektem i z szczerą prośbą do Wszechmocnego Boga, ażeby jej szczęście podobne mojemu przyniósł”. I położyła na tacy pierścień z ogromnym diamentem, pod spodem którego jest miniatura nieboszczyka króla. „Basiu! chodź tu, wasze!” — zawołał wtenczas Jmć Dobrodziej; wstała, poszła, ale nie wiem, jak mogła przejść pokój, tak była zmięszana, tak się chwiała, że idąc, ledwie nie upadła. Ksiądz Wojciech wyrzekł nad pierścionkami łacińskie błogosławieństwo, dał pierścień z brylantami panu staroście, który go na mały palec u lewej ręki, serdecznym zwany, siostrze mojej włożył, pocałowawszy ją pierwej w tęż rękę, a Basi dał pierścień z portretem, mówiąc, żeby go panu staroście oddała; na sam koniuszek palca go włożyła, ale pan starosta, skoro go odebrał, raz jeszcze pocałował ją w rękę, potem upadł do nóg Państwa, dziękował im, świadczył się Bogiem, że będzie się starał córkę ich uszczęśliwić. Tymczasem pan wojewoda całował w czoło drżącą Basię i pan pułkownik i ksiądz Wojciech śliczne jej komplimenta prawili. Jmć Dobrodziej wziął wielki puchar, nalał go starym węgrzynem, wniósł zdrowie oblubieńców i wszyscy spełnili go kolejno. — Tak to wszystko było uroczyste i tkliwe, że mnie, patrzącej z daleka, cały czas łzy się z oczu toczyły. „Nie płacz, Franulku — powiedział Macieńko (który był cały czas w pokoju, ale przecie milczał) — nie płacz, i z Jmościanką tak najdalej za rok będzie!”. Za rok to jeszcze za prędko, ale za parę lat to się i nie rozgniewam, jak się ze mną tak stanie.

Cała rodzina Świdzińskich niepojęcie dla Basi uprzejma i grzeczna, Państwo oboje pocałowali ją wczora w twarz, jak im dobrej nocy życzyła; w całym domu wszyscy dla niej od dnia wczorajszego mają jakieś względy, o nikim, tylko o niej mowa: wszyscy jej winszują, wszyscy się jej polecają, każdy by rad, żeby go do swego przyszłego dworu przyjęła. Imć Dobrodziej dobył z sepecika127 tysiąc dukatów holenderskich, zalecając Jmć Dobrodziejce, żeby porządnie i uczciwie opatrzoną córkę z domu wyprawiła. Oboje naradzali się nad wyprawą godzin kilka. Jutro panna Zawistowska, białogłowa bardzo zacna, koło trzydziestu lat mająca, w domu Państwa od maleńka wychowana i która będzie wyprawną panną128 Basi, pojedzie z komisarzem do Warszawy dla zakupienia potrzebnych rzeczy. W skarbcu naszym stoją już od dawna cztery wielkie kufry srebra dla każdej z nas; kufer Basi przeznaczony kazał Jmć Dobrodziej otworzyć, przepatrzył sam wszystko i naczynia potrzebujące naprawy lub ochędożenia129 także do Warszawy pójdą. Pan wojewoda jutro wyjeżdża wraz z panem starostą, żeby dom sulgostowski na przyjęcie Basi urządzić. Jmć Dobrodziej już gotuje listy i pokojowców po wszystkich stronach Polski z nimi rozsyła; wszystkim osobom, które pokrewieństwem, przyjaźnią, zażyłością z domem naszym są złączone, donosi o tym wypadku i na wesele zaprasza. Najurodziwszy zaś z dworzanów naszych, koniuszy, suto wyekwipowany, wyjedzie za parę dni z listami do króla i królewiców, do prymasa i celniejszych130 senatorów; w nich Jmć Dobrodziej uwiadamia ich o przyszłym postanowieniu131 córki, prosi o błogosławieństwo temu związkowi, ale wyraźnie nie zaprasza, zostawując to łasce tak dostojnych osób. Ach! żeby też który z nich przyjechał, na przykład książę kurlandzki, dopiero uświetniłoby się wesele. Ale najpewniej, że tylko posłów swoich przyślą, którzy w takim razie takie mają miejsce i honory, jakie by się niemal należały tym, których reprezentują. Jaka to będzie wesołość, jakie uczty! Jak już radośnie i huczno w naszym zamku, aż miło.