Każdej z nas, sióstr, śliczne dał upominki pan starosta: jam dostała kosztowną spinkę z turkusami, Zosia krzyż rubinowy, Marysia łańcuszek wenecki, Państwu nawet ofiarował podarki i raczyli je przyjąć: Jmć Dobrodziejowi puchar bardzo piękny, Jmć Dobrodziejce szkatułkę z narzędziami do roboty, wszystko w niej z perłowej macicy w złoto oprawne. O Madame nawet nie zapomniał, blondynową salopkę132 dziś rano na łóżku swoim znalazła; wysławia też hojność polską: to jest jedna rzecz, którą w narodzie naszym chwali. Choć to nasza Madame i z innych miar bardzo ją szanuję, przecież za tę pogardę Polaków nie lubię jej. Wczora była paradna wieczerza, kapela grała prześlicznie, spijano za zdrowie przyszłej pary; dragonia nasza strzelała, a rotmistrz dał za hasło rocie swojej „Michał” i „Barbara”. Już i Basia trochę śmielsza, wstydzi się jeszcze swego pierścionka; kryje go, jak może, a każdy go widzi, bo diamenty jak gwiazdy jaśnieją. Dziś rano wszyscy na szczęście Basi pojechali na polowanie. Mówią, że dawniej był taki zwyczaj, że panna w takim razie koniecznie strzelcom nóżkę swoją pokazać musiała, ale ten zwyczaj nieskromny ustał, chwała Bogu. Basia spiekłaby się od wstydu; a ten Macieńko taki pocieszny, że koniecznie się tego domagał i mówił, iż skoro ta formalność nie dopełniona, polowanie się nie powiedzie, bo nie ma szczęścia. Nie zgadł jednak, tak było pomyślne, jak rzadko kiedy: zabito dzika, dwie sarny, jednego rogacza, zajęcy mnóstwo, sam pan starosta dzika zabił i tę zdobycz u nóg Basi złożył.

O! przekonałam się, że z pana starosty zuch wielki. Wyprowadzić kazał Jmć Dobrodziej dla myśliwych wszystkie konie ze swojej stajni, w sute rzędy133 przybrane; był między nimi jeden śliczny, ale prawie zupełnie dziki; koniuszy na nim jeździć nie śmie, bo wszystkich zrzuca; pan starosta powiedział, że go przekona134. Jakoż wsiadł pomimo przedstawień przytomnych135 osób i tak go dzielnie ujął, że wśród skoków, pierzchań, wybryków jego trzy razy wokoło bez najmniejszego szwanku zamek maleszowski objechał. Pięknie było na to patrzeć. Basia trochę zbladła, jak wsiadał na tego dzikiego konia, ale gdy zobaczyła, że tak nim kierować umie, gdy zaczęły się rozlegać przytomnych oklaski, żywy rumieniec twarz jej okrył, tym żywszy, że wszyscy prawie na nią spojrzeli. Od tego czynu pozyskał zupełnie moje łaski pan starosta; kto tak mocno siedzi na koniu i taki śmiały, temu już wybaczyć można, choć menueta i kontradansa tańcować nie lubi. Jmć Dobrodziej darował przyszłemu zięciowi tego konia z bardzo bogatym rzędem i masztalerzem. Zasłużył sobie na ten podarek.

Dnia 20 stycznia, w niedzielę

Więcej niż tydzień nie pisałam dziennika mego, bośmy wszyscy bardzo zajęci. Gości moc niezmierna, z nimi więc poobiedzia i wieczory schodzą, a poranki oddane robocie. Zarzucone zupełnie nauki, nomenklator, gramatyka francuska, sama nawet pani de Beaumont leży w kącie; każda z nas, trzech sióstr, chce koniecznie Basi podarkiem własnej pracy do wyprawy się przysłużyć. Ja jej haftuję dezabilkę linową z falbanami w robotki136; wstaję też rano i przy świecy pracuję, żeby koniecznie na czas wykończyć; Marysia wyszywa rańtuch137 bardzo ładny: na izabelowym138 muślinie będzie arabesk złotem i ciemnymi jedwabiami; Zosia haftuje szydełkiem przykrycie do gotowalni. Jmć Dobrodziejka od samego rana otwiera sepety, kufry i szafy, dobywa z nich płócien, materyj i futer, makat, kotar, kobierców: wiele ma rzeczy pozostałych z własnej wyprawy139, wiele także po zamężciu nabytych, bo już od lat kilkunastu zbiera na wyprawy nasze piękności rozliczne. Prawdziwie jest czemu się przypatrzeć! A co mnie najmocniej zajmuje, kiedy mnie Jmć Dobrodziejka do pomocy wezwać raczy, to jej baczność, ażeby żadnej z nas na włos nie ukrzywdzić; wszystkie te bogactwa na cztery części dzieli i nieraz aż Jmć Dobrodzieja i księdza kapelana prosi, żeby dali zdanie swoje, czy wszystkie części równe, czy nie. Krawca i kuśnierza Państwo sprowadzili z Warszawy i ci tyle mają do roboty, że ledwie za miesiąc wszystko wykończą. Wielkie szczęście, iż bielizna prawie cała już uszyta, przez dwa lata panny dworskie ją szyły, teraz ją znaczą niebieską bawełną w oczka — spodziewam się, że się wprawią w litery B. K. Bardzo piękna będzie wyprawa. Basia nie pojmuje, co z tylą sukniami pocznie. Bo dotąd wszystkie mamy po cztery pary: dwie sycowe140 ciemne na co dzień i czarne do nich mantynowe fartuchy; jednę białą kartonową141 od niedzieli, drugą linową142 od większych świąt i uroczystości, i bardzo nam dosyć. Ale Jmć Dobrodziejka jej mówi, że pani starościna piękniej powinna się ubierać od Basi i że co dla panny wyborne, dla mężatki już nie przystoi.

Basi kazała Jmć Dobrodziejka z owego jedwabiu starganego sakiewkę dla pana starosty zrobić; jest nią zupełnie zajęta, bo pięknie by ją wydać143 rada. Z taką cierpliwością ten jedwab zwinęła, że chociaż zielony, nic koloru nie zmienił i ani razu nie urwany. Śmiało może iść za mąż, sam Macieńko jej to przyznaje. Pokojowcy i koniuszy z listami już pojechali; bardzom ciekawa odpowiedzi. Basia truchleje, żeby który z królewiców nie przyjechał, a ja bym tak rada.

Ale inwestytura144 królewica Karola na Księstwo Kurlandzkie odprawiła się ósmego bieżącego miesiąca uroczyście. W wigilię dnia tego nasz pociot145, książę Lubomirski, wojewoda lubelski, marszałek królewica, dawał suty bal; gale, festyny, obiady trwały więcej niż tydzień. Nowy książę kurlandzki miał jednę mowę po polsku, czym wszystkich przytomnych niewypowiedzianie uradował. Już teraz zupełnie jest uważany jako książę udzielny i z wielką przyzwoitością miał odegrać tę całą rolę. Jest w „Kurierze Polskim” obszerny diariusz146 tej inwestytury; gdyby czas był po temu, przepisałabym go tutaj, bo mnie bardzo zajął. Prawdę mówiąc, wolałabym jeszcze być świadkiem tego wszystkiego, bo dwa razy lepiej widzieć rzecz jaką aniżeli czytać o niej. Ale kiedy to być nie może, rada jestem przynajmniej, że się już ta inwestytura odbyła.

Prócz tej dobrej wiadomości, nie ma żadnej i żal serce mi ściska, kiedy nagląc z moją dezabilką, słucham, jak kapelan gazety czyta. Zewsząd ubliżają powadze Rzeczypospolitej; sąsiedzi pod różnymi pozorami wkraczają z wojskiem do Polski, rabują, pustoszą, krzywdzą! Lecz co tam o tym myśleć i trapić się, lepiej — jak Jmć Dobrodziej mówi — używać obecnych momentów, cieszyć się, radować, póki pora służy. Bo i prawda! Prawią pokątnie o jakichciś nieszczęściach, biedach, a tymczasem Polska cała w ucztach, festynach, biesiadach. Może też oni wszyscy tak robią jak nasz Macieńko; on, kiedy ma jakie zmartwienie, to kieliszka z ręki nie wypuści, powtarzając: „Dobry trunek na frasunek” — i im więcej strapiony, tym więcej pije.

Dnia 25 stycznia, w piątek

Pan starosta wczora w wieczór przyjechał. Dwa duże srebrne kosze cukrów147 i pomarańcz Basia dziś z rana na swoim stoliku od roboty zastała; wszystkie te specjały rozdzieliła między nas i panny dworskie i służebne; robota też piorunem idzie i moja dezabilka prawie przez połowę148 gotowa. Z własnego gospodarstwa będzie miała Basia pościel: już bardzo dawno, jak każda z nas, ma swoje gęsi, a nawet łabędzie; mamy też w garderobie biedną głupowatą Marynę, która nic innego robić nie umie, tylko pierze drzeć; każda z nas ma osobną beczkę na pierze, osobny worek na puch i tyle się każdej uzbierało, że Basia będzie miała dwa napchane piernaty149, ośm dużych puchowych z gęsi poduszek, a dwie małe z łabędziego puchu; nasypki będą z gęstego płócienka domowej roboty, poszewki z karmazynowej mantyny, a powłoczki z cienkiego holenderskiego płótna z falbanami. Te falbany panny teraz właśnie obrzucają szydełkiem.

Dnia 2 lutego, w sobotę