Te bukiety przeznaczone były dla młodych kawalerów i panien obecnych na weselu, a każda z nas, druhen, uzbrojona była w pewną liczbę iglic szczerozłotych, pozłacanych, srebrnych, aby nimi podług dostojeństwa osób te godła weselne przypinać. Jmć Dobrodziejka i poważne panie uczyły nas długo, jaki porządek w tej posłudze zachować należy, żeby komu nie uchybić, a dając mniej znakomitemu pierwszeństwo, nie stać się powodem do urazy, o którą w wielkim zgromadzeniu tak łatwo. Zdawało nam się, żeśmy te nauki dobrze pojęły, ale wszedłszy do sali, zapomniało się wszystkiego; przypinałyśmy bukiety poważnie z początku, z uśmiechem później, z pustotą172 nareszcie; nie obeszło się bez tysiąca uchybień, ale je wszystkie przebaczono, bo już dawno to uważam, że na młode, a zwłaszcza ładne panny nikt nie ma serca się gniewać. Nasza wesołość tak wszystkich ogarnęła, iż i żonaci, i sędziwi mężowie, i młode mężatki, i poważne białogłowy, którzy żadnego prawa do bukietów w takim razie nie mają, dopominać się ich zaczęli: jakże było im odmówić! Kto się nadarzył, bukiet dostał; znikł więc wnet ów stos z tacy, za nim drugi i trzeci z gotowalni przyniesiono, zabrakło igliczek, choć tyle ich przygotowano; trzeba było prostymi śpilkami przypinać, ale i te z rąk naszych mile przyjmowane były. Nareszcie dogodziło się wszystkim, każdy był kontent, każdy przy bukiecie; sala ogrodem się być zdawała, radość była powszechna, prawdziwe wesele. Ale mijam się z prawdą; nie wszyscy byli weseli: Macieńko stał w kącie smutny; chociaż kawaler, bukietu nie dostał i tak wyglądał, jak gdyby nie należał do godów. Przyszłam do niego, a on mi powiedział po cichu i z serdecznym żalem: „Że inne druhny o mnie zapomniały, nie dziwię się; ale panna Franciszka, którą na ręku nosiłem, którą od tylu lat bawię i rozśmieszam... nie będę też na jej weselu, choćby za królewica iść miała”. Zapłonęłam się na te słowa, miło i przykro mi się zrobiło; pobiegłam sama do garderoby, ale jak na nieszczęście już i jednego bukietu nie było; Jmć Dobrodziejka posłyszawszy o tym, co się działo w sali, sobie i poważnym paniom asystującym ubiorowi panny młodej resztę kwiatów poprzypinała; do ogrodnika daleko posyłać, a chciałabym koniecznie, żeby Macieńko miał bukiet. O, pewno nie za płochą jego wróżbę; jam nie Radziwiłłówna i teraz nie te wieki, kiedy królowie pojmowali cnotliwe Polki i z nimi byli szczęśliwi... Przyszła mi myśl przedziwna: porwawszy kawałek białej wstążki i śpilkę, wróciłam z pośpiechem do sali, odpięłam własny bukiet, podzieliłam się nim z Macieńkiem, przypięłam mu go złotą iglicą, sobie prostą zachowując śpilkę; uradowany, zawołał: „Franusiu, nie dosyć, żeś piękna, zawsześ dobra. Ja czasem bywam prorokiem: oby się spełniły wróżby i życzenia moje!... Co bądź, to bądź, schowam ten bukiet do twego wesela, i kto wie, czym będziesz, gdy ci go oddam...” Dziwna rzecz! Te jego słowa pomimo tylu roztargnień brzmią jeszcze w uszach moich i kiedy tylko o Basi pisać powinnam, o sobie prawię... Czas wrócić do niej.

Otóż już wszyscy przy bukietach, oczy, mają na drzwi wchodowe zwrócone: otwierają się podwoje, wchodzi zapłakana Basia, nieśmiała, wspierana, otoczona od pań poważnych, a pierś jej okazuje swym poruszeniem tłumione łkania; przystępuje do niej bolejący na jej cierpienia pan młody, bierze jej rękę, z nią razem ojcu, matce czołobitność oddaje, o błogosławieństwo prosi i od rozrzewnionych odbiera: udają się potem do nas, do krewnych, obchodzą wszystkich gości, domowych, i nie było nikogo, kto by nie błogosławił szczerze i łez w oczach nie miał: ja sama taką byłam jakąś uroczystą wesołością przejęta, że wypowiedzieć nie potrafię, bo i uśmiech był na ustach, i płacz gotowy, i jakieś skryte, a przecież miłe drżenie. Myślałam sobie właśnie nie bez radości, że tak kiedyś i ze mną jak z Basią będzie, kiedy otworzono kaplicę. Ksiądz Wojciech włożył koronkową komeżkę i bogatą stułę, stanął przed ołtarzem i wezwał nas. Minister Borch, jako poseł króla, lubo żonaty, a zatem nie drużba, i pan kasztelnic Kochanowski, wzięli pannę młodą pod ręce: mnie i wojewodziance Małachowskiej, starszym druhnom, kazano poprowadzić pana młodego. Państwo, obie rodziny, reszta gości szli za nami, trzymając się w pary; głębokie nastało milczenie: słychać było każdy krok, każdy chrzęst materialnych173 sukien, szelest nawet piór i bogatych trzęsideł, które panie miały u fryzur swoich.

Doszliśmy do ołtarza — gorzał od mnóstwa świec jarzących, a wszystkie paliły się wybornie; złotolitym kobiercem okryte były stopnie, na najwyższym leżały dwie aksamitne pąsowe poduszki: na jednej herb Krasińskich, na drugiej herb Świdzińskich był złotem wyszyty. Państwo młodzi uklękli, my, druhny, stanęłyśmy po prawej, drużbowie po lewej stronie ołtarza; jam trzymała na tacy złotej dwie ślubne obrączki; Państwo stali za panną młodą, pan wojewoda za panem starostą. Zagrano Veni Creator174, po czym ksiądz Wojciech miał długą przemowę, prawie całą po łacinie; po niej zaczął ślub dawać. Basia, chociaż zapłakana, dosyć wyraźnie mówiła: „Ja, Barbara, biorę sobie ciebie” itd., ale pan starosta nierównie wyraźniej.

Po ślubie i po włożeniu obrączek państwo młodzi padli do nóg naprzód Państwu, potem panu wojewodzie i od wszystkich trojga błogosławieństwo otrzymali; wtedy marszałek dał znak: kapela na chórze i śpiewacy włoscy, umyślnie sprowadzeni, zagrali i zaśpiewali marsz triumfalny, a dragonia nasza dała suto ognia z armat i z ręcznej strzelby. Gdy się to uspokoiło i właśnie młoda para przed Państwem stała, Jmć Dobrodziej, jak zwykle w takim zdarzeniu się dzieje, przemówił w te słowa: „To powołanie, które już kościół Boży ratyfikował i pobłogosławił, niechże Panu rządzącemu nieba obrotami i tym świata padołem wieczną chwałę przyniesie! Już tedy Bóg życzenia i afekta wasze uświęcił sakramentem, utwierdził zobopólną przysięgą. Niechże ich skutki chwałę Mu przyniosą. To staranie do was obojga należy, szczególniej też do Jmćpana, Mcpanie młody, który od tej chwili nie tylko małżonkiem, lecz ojcem, przewodnikiem małżonce twej będziesz; znając cnoty i przymioty Jwwcpana nie wątpię, że temu zadosyćuczynić potrafisz, i zupełnie spokojny jestem! A co zaś twoich obowiązków się tycze, córko najukochańsza, oto naprzód: miej wdzięczność ku Jmć Matce twojej za edukacją tobie daną, troskliwość od najpierwszych lat aż dotąd około zdrowia i potrzeb twoich; niech ci równym będzie ukontentowaniem moment, który cię ogłosi wyborną Antygoną175, jak ten, kiedy cię przecudowną Eponiną176 nazwą. Bądź cnotliwa; cnota jest to skarb nieprzebrany, przyjaciel prawdziwy, ciężar nie fatygujący, droga nie błądząca, sława nigdy nie ustająca. Staraj się, ażebyś w słowach ostrożność i roztropność, w uczynkach modestią177 i powolność178, a we wszystkim rzetelność zachowała. Na ostatek chwal Boga, kochaj i słuchaj męża, jakeś dotąd względem rodziców czyniła; nienawidź przywary, miej władzę nad sobą samą: bądź stałą w przeciwnościach, sprzeciwiaj się pokusom świata.

I niechaj cię rozsądek, miłość, wiara wsławi,

A jako teraz ojciec, niech Bóg błogosławi.

Na te ostatnie wyrazy Basia, ciągle płacząca, głośno jęknęła i raz jeszcze do nóg Państwu upadła; chciała coś mówić, zapewne o tym, że będzie się starała wypełnić żądania najukochańszego ojca, ale jednego słowa dla wielkiego płaczu z ust dobyć nie mogła. Potem nastąpiły wzajemne uściskania, ukłony, winszowania; ksiądz Wojciech pokropił nas wszystkich święconą wodą i dał patynę179 do pocałowania; chybił w tym tylko, że podał ją pierwej stolnikowej Jordanowej niźli pani kasztelanowej Kochanowskiej, matce posła królewica; Jmć Dobrodziejka to postrzegłszy prosiła ją za to, żeby z panią wojewodziną Granowską pana młodego odprowadziła; jakoż tak się stało, i wszelkich uniknęło się niesmaków, pannę młodą wziął poseł królewski i wojewoda Małachowski i wróciliśmy do bawialnej sali.

Wkrótce dano znać do stołu. Stół był ogromny, w literę B ustawiony; zastawa wspaniała. W środku stała dwutygodniowej inwencji i pracy naszego cukiernika Francuza wysoka na dwa łokcie piramida, wystawiająca świątynię Hymenu180, z rozmaitymi ozdobami i figurkami; były herby Krasińskich i Świdzińskich i różne napisy w francuskim języku wyrażone. Prócz tej piramidy stały na stole różne inne ozdoby, kosze srebrne, porcelanowe figurki, aż ciasno było i nasz karzełek Piotruś już by się tego dnia nie był mógł z wygodą przechadzać. Potraw ani podobna zliczyć, gąsiorów i butelek wina, nie wiem, czy się sam piwniczny dorachuje. Prócz innych wypili przy tym jednym obiedzie antał wina winem panny Barbary zwanego, to jest wybornego węgrzyna, które Jmć Dobrodziej, według staropolskiego zwyczaju, roku narodzenia się Basi umyślnie kupił na to, żeby go na jej weselu wypróżniono. Każda z nas ma takąż beczkę, piwniczny nieraz mi mówił, że jeśli moje jeszcze z parę lat postoi, będzie wyborne. Jmć Dobrodziej częstował z niepospolitą ochotą, a goście pili z równąż. A dopiero jak się zaczęły wiwaty państwa młodych, Rzeczypospolitej, króla, księcia kurlandzkiego, królewiców, prymasa, duchowieństwa, gospodarstwa, dam, a za każdym huczne wykrzyki, tłuczenie kieliszków i butelek, bicie armat, odgłos kapeli, wrzawa jakby na Sądzie Ostatecznym.

Nareszcie już po rozniesieniu wetów181 wszystko na chwilę ucichło i wszyscyśmy myśleli, że czas wstać, kiedy Jmć Dobrodziej dał znak marszałkowi: ten postawił przed nim puzdro182 czarną skórką powleczone, z mosiężnymi ozdobami, któregom jeszcze nigdy nie widziała; Jmć Dobrodziej otworzył go i wyjął puchar szczerozłoty, kamieniami wysadzany, w kształcie kruka; powiedział, że była to jeszcze po rzymskich Korwinach pamiątka183 i że nie był z puzdra dobyty od czasu jego własnego wesela; potem wziąwszy z rąk piwnicznego butelkę kwartową, pleśnią okrytą, z stoletnim, jak mówił, winem, wylał ją całą, dodał jeszcze z drugiej i wniósł wiwat: pomyślność młodej pary. Przyjęto go z okrzykiem, kapela brzmieć zaczęła, uderzono z armat, każdy spełnił to zdrowie duszkiem; pękło butelek kilkadziesiąt i po tym ostatnim wiwacie, kto mógł, wstał od stołu. Już była noc zupełna. Damy poszły się przebrać, panna młoda i my, druhny, zostałyśmy w naszych strojach; koło siódmej godziny, gdy mężczyznom trochę wyszumiało wino, zaczęto mówić o tańcu. Wnet się też rozpoczął ochoczo. Panna młoda z posłem króla Jmci bal otworzyła i przez cały czas zawsze w pierwszej tańcowała parze. Z początku były same polskie184, menuety, kontradanse, ale potem, przy coraz większej ochocie, przy wznowionych kielichach, wzięto się do mazura i do krakowiaka; kasztelanic Kochanowski wybornie krakowiaka tańcuje i tak jak zawsze czynić należy, skoro w pierwszej jest parze, śpiewa piosnki w tejże chwili złożone; tak wczora tańcując z panną młodą zaśpiewał:

Dziś nie chciałbym być królem ani wojewodą,