Tylko se starostą z taką panną młodą.
Po długich tańcach, sutej częstacji kapela grać ustała; postawiono stołek na środek pokoju, panna młoda usiadła na nim, my, druhny, otoczywszy ją, zaczęłyśmy włosy jej rozpinać i śpiewać żałośnie snaną piosnkę:
Ach! Basiu, już cię traciemy itd.
Jmć Dobrodziejka zdjęła jej wianek z głowy, a pani wojewodzina Małachowska czepiec koronkowy na to miejsce włożyła. Zdawało mi się, że na żart tak się przebrała, i gdyby nie to, że nieboga zalewała się łzami, byłabym się śmiała serdecznie; do twarzy jednak Basi w czepku i wszyscy mówili, że mąż ją będzie kochał, o czym ani wątpię, bo któż by takiej białogłowy kochać nie miał? Po oczepinach, dla uczczenia panującego domu, obyczajem przez niego wprowadzonym kazano pannie młodej tańcować drabanta185 z posłem króla Jmci; potem z upodobaniem do ojczystych przechodząc zwyczajów, kapela zagrała polskiego, bardzo poważnego. Zacząwszy od pana wojewody Świdzińskiego, panna młoda kolejno ze wszystkimi obecnymi mężczyznami tańcowała, aż nareszcie przyszła do Jmć Dobrodzieja; ten przetańcowawszy z nią raz, przyprowadził ją do pana starosty i oddał mu ją nie tylko na ten taniec, ale na całe życie; na tym polonezie skończyła się dla nas, panien, tego dnia zabawa. Jmć Dobrodziejka kazała nam pójść spać; poważne panie wzięły pannę młodą, żeby ją zaprowadzić do pokojów dla niej i dla pana młodego przeznaczonych; tam udały się wszystkie mężatki i poważniejsi goście, i jak mi dziś powiadano, tam były jeszcze mowy przy oddawaniu panny młodej, podziękowania w imieniu pana młodego, kielichy kolejne, co późno w noc trwało.
Wyborniem też spała po tym zmęczeniu; tańcowałam do upadłego, a prawie nic mnie nogi nie bolą. Tańcowałam ze wszystkimi, najwięcej jednak z posłem królewica, z kasztelanicem Kochanowskim; wiele rozmawiał ze mną; był w Paryżu i w Lunewilu, dopiero rok, jak z zagranicy wrócił; spędził go przy księciu kurlandzkim i bardzo wychwala swego pryncypała186. Jeśli jest grzeczniejszy jak on, to niech go nie znam. Już się cieszę na wieczór, a wcześnie trzeba zacząć tańce: w ostatni wtorek do dwunastej tylko tańcować wolno. Basi, a raczej pani starościny (bo tak ją Państwo zwać przykazali), jeszczem dziś nie widziała: dziwno mi, że jej z nami nie ma; odziedziczyłam za to jej łóżko, jej dwie poduszki, jej stolik do roboty, wszystkie prawa starszeństwa: już mnie teraz wszyscy panną starościanką zwać będą, a dotąd wołano na mnie: panno Franciszko, a najczęściej: Franusiu. Jedno choć trochę wynagrodzi drugie.
Dnia 27 lutego, we środę
Już Popielec; szkoda! dopiero za rok takie tańce i zabawy będą. Już się goście zaczynają rozjeżdżać, już poseł króla Jmci wyjechał, państwo młodzi wyjadą pojutrze, ale my ich odprowadziemy do Sulgostowa. Pan starosta gości żadnych nie prosił, bo w post nie przystoją huczne zabawy, sama tylko będzie familia; wprosił się jednak i pan kasztelanic pod pozorem towarzystwa szkolnego, jakoż w Lunewilu rok jeszcze był razem z panami Świdzińskimi, rok pierwszy swego tam pobytu, a ich ostatni, bo nierównie od nich młodszy. Bardzo się na przenosiny cieszę, gdyżem ciekawa wsi, pałacu, gospodarstwa najukochańszej siostry. Z trudnością mi przychodzi przyzwyczajać się do zwania ją panią starościną, ale inaczej już mówić nie wypada, Państwo nawet tak ją najczęściej zowią. Bardzo spoważniała po ślubie, daleko jeszcze mniej mówi, więcej oczy spuszcza i częściej się rumieni; zawsze chodzi w kornecie187, na rogówce, w sukni z ogonem; zdaje się, że jej kilka lat przybyło; trochę smutna mi się wydaje, nic dziwnego: żal jej zapewne z domu rodzicielskiego wyjeżdżać i oddać się zupełnie mężczyźnie, którego zna tak mało. To jednak musi być rzecz przykra. Jeszcze bardzo nieśmiała z panem starostą, raz go tylko nazwała mon mari188; on już mówi o niej: moja żonka, często do niej się przybliża i więcej już z nią niźli z Państwem rozmawia. Pojutrze jedziemy do Sulgostowa.
Dnia 9 marca, w sobotę
Wróciliśmy wczora wieczór z Sulgostowa; bardzo dobrze się zabawiłam, szkoda tylko, że pani starościna z nami nie wróciła. Już tydzień minął, jak na zawsze nasz zamek opuściła. W przeszły piątek, kiedy już wszyscy goście się rozjechali, ona raniuteńko pojechała do parafialnego kościoła naszego, do Lisowa, gdzie jest ołtarz św. Barbary, jej patronki; tam zawiesiła pół serca szczerozłotego w dowód, że tu na zawsze połowa jej afektów zostanie; potem pożegnała się z proboszczem, z każdym z dworzan i z dworskich z osobna i każdemu dała suty upominek, czego jej prawdziwie zazdroszczę i na co prawie najwięcej się cieszę, jak kiedyś także za mąż pójdę. Poszła potem do swego gospodarstwa; swoje krowy, kury i gęsi darowała biednemu gospodarzowi z Maleszowej, który niedawno z całą chudobą189 pogorzał190, dwie tylko kokoszki śliczne czubate i łabędzie prosiła, żeby jej można do Sulgostowa odesłać; ptaszki swoje i kwiatki, koło których bardzo starannie chodziła, mnie oddała: nareszcie obeszła cały zamek od dołu do góry, jak gdyby z każdym kącikiem pożegnać się chciała. Jak ją też wszyscy błogosławili! Najdłużej bawiła191 w kaplicy i w naszym panieńskim pokoju. Gdyśmy naprędce jedli podróżne śniadanie, rzęsiste trzaskanie z bicza słyszeć się dało, pokojowiec oświadczył, że już wszystko gotowe; pan starosta szepnął żonie do ucha, że jechać trzeba: ona wtedy z wielkim płaczem rzuciła się do nóg Państwu, dziękując im za dobrodziejstwa przez lat osiemnaście doświadczane, przepraszając, jeśli ich w czym kiedykolwiek obraziła, i świadcząc się przed Bogiem, że niczcgo sobie nie życzy, tylko tak być szczęśliwą w dalszym życiu, jak dotąd nią była. Pierwszy raz widziałam Jmć Dobrodzieja płaczącego. O! jak też oboje ją żegnali i chwalili; serce rosło słuchając, a ktokolwiek był przytomny192, płakał. Wyszliśmy na most, kapitan podnieść go kazał i nie chciał wypuścić pani młodej, póki mu pan starosta nie dał bogatego pierścienia, jako w zakład, że ją tu przywiezie; przez ten czas przypatrywałam się ekwipażom pana młodego: paradne; jedna kareta żółta, trypą193 pąsową wybita, na dwie osoby, druga landara194 na cztery, kolaska do lekkiej podróży i bryczek kilka. Konie śliczne, osobliwie sześć siwych jabłkowitych195 u żółtej karety. W tej państwo młodzi pojechali sam na sam i uwierzyłam, czemu wierzyć nie chciałam; za nimi szły pojazdy z fraucymerem196, a my na ostatku. Pani starościna tak płakała, że słychać było jej szlochania, ale bo też wielu z dworskich, kilku z chłopstwa o parę staj197 ją odprowadzali, błogosławiąc głośno; co miała pieniędzy, to im jeszcze rzuciła i pan starosta sypnął także suto, a pierwej jeszcze, od szafarza do pomywaczki, od marszałka do stróża, każdego obdarzył podarkiem. Gdziekolwiek stanęliśmy na popasie albo na noclegu, wszystko staraniem pana młodego już było gotowe; Żyd wyforowany198 z karczmy z betami i z bachorami swymi, stoły zastawne, liberia199; nareszcie drugiego dnia wieczorem wjechaliśmy do Sulgostowa. Już z popasu pan wojewoda z księdzem Wojciechem wyjechali najpierwsi, żeby panią starościnę na jej nowosiedlinach przyjąć; na granicy sulgostowskiej gromada wiejska z sołtysem na czele zatrzymała karetę państwa młodych, ofiarowano jej chleby, a jeden ze starych gospodarzy miał oracją, po której wszyscy krzyknęli: „Niech żyją sto lat nowożeńcy!”
Za ich wjazdem na dziedziniec kompania huzarów, którą pan starosta na dworze swoim trzyma, dała ognia z ręcznej strzelby; kapitan salutował ich oboje. Przed drzwiami stał pan wojewoda z synowcem, stał dwór cały i wszyscy radośnie i uprzejmie panią młodą witali. Skorośmy weszli do pałacu, pan starosta przyniósł żonie swojej ogromny pęk kluczy, oddając pod jej dozór dom cały. Zaraz nazajutrz pani starościna objęła rządy i gospodarstwo i doprawdy dziwić się należało, jak jej wszystko szło jak z płatka; ale bo też od małego dziecka Jmć Dobrodziejka, jako najstarszą córkę, przyzwyczaiła do wyręczania siebie. Sulgostów w innym położeniu jak Maleszowa, pałac, nie zamek, ale wesoło i okazale; dwór liczny, stół dobry, dom zasobny, a co najważniejsza, wszyscy kochanej siostrze przychylni; już widzę, że wkrótce po naszym zamku się odtęschni200. Najadłam się i napiłam w Sulgostowie wielu dobrych rzeczy, a między innymi kawy. Państwo nie lubią tego modnego trunku201, który się niezbyt dawno w Polsce zjawił, i u nas dają go tylko wtenczas, kiedy są znakomici goście; ma też być bardzo niezdrowy dla młodych panien, szczególniej krew i płeć psuje, i ja dotąd tylko parę razy jakby na żart go skosztowałam. Ale w Sulgostowie napiłam się jej do woli, cała familia pana starosty przepada za tym trunkiem i na prośby jego i mnie Państwo co dzień filiżankę wypić pozwalali. Śmiano się z pani starościny, że nie będzie mogła jak owa żona w wierszach naszej poetki, pani Drużbackiej202, zarzucić mężowi: