Kawy w moim domu nie znajdzie trzech ziarnek,
Piwa mi z serem każe zagrzać garnek
— i utworzyć sobie z tego punkt do rozwodu. Bardzo nam było smutno powracać. Rozweselał mnie tylko kasztelanic, który nam konno cały czas towarzyszył; prawdziwie słusznie szarmanckim go zowią. Pani starościna bardzo płakała żegnając się z nami. W Maleszowej jeszczem się nie rozpatrzyła, bośmy wieczór przyjechali, a dziś raniuteńko to piszę; już wiem naprzód, że mi przez jakiś czas bardzo smutno będzie.
Dnia 12 marca, we wtorek
Zupełniem zgadła: bardzo smutno bez najukochańszej siostry; takie pustki w zamku, jak gdyby nikogo nie było: zdaje się, że z sobą cały dwór nasz, całą wesołość zabrała. I Państwo bardzo tęschnią; ona, jako najstarsza, najwięcej do nich zbliżoną była, tysiączne im czyniła przysługi; ja, lubo203 się staram ją zastąpić, przecież ani Jmć Dobrodziejowi tak dobrze lulki204 nałożyć nie umiem, ani Jmć Dobrodziejce tak zręcznie dobierać kolorów do haftu; z czasem da Bóg, że się wprawię; nie wiem jednak, czy kiedy wyrównam Basi (bo choć na ten raz tak ją nazwać muszę). Lubo chcę szczerze, o wielu rzeczach zapominam, a ona tak o wszystkim pamiętać umiała! Jak ją też mile cały dwór wspomina! Ciągła jeszcze o niej mowa. Już Państwo dziś wysyłają pokojowca do Sulgostowa, by się o jej zdrowiu i powodzeniu dowiedzieć; formalna była lukta205 między nimi, który ma jechać, każdy miał niezmyśloną ochotę; a Michał Chronowski, który dopiero jutro do Opola ma wyjeżdżać, żałował, że już nie jest pokojowcem.
Bardzo smutno w maleszowskim zamku. Kasztelanic pojechał, a przez te trzy dni nikt nie był prócz dwóch kwestarzy206 i jednego szlachcica z sąsiedztwa, który przyjechał prezentować Państwu młodą żonę swoją, bo był niegdyś na ich dworze. Bardzo do rzeczy, zdaje się, człowiek. „Moje serce — powiedział do żony, która z wielkiej nieśmiałości ledwie dwa razy otworzyła usta — jeśli będę dobrym mężem i ojcem, panu staroście za to dziękuj i temu oto panu marszałkowi: pierwszy mi strofowań, drugi plag z młodu nie szczędził”. Podobała mi się ta szczerość jego; udarowali go Państwo wspaniale. Zresztą207 nikt nie był; cicho, głucho, smutno, jak to zwyczajnie po wielkiej wesołości i wrzawie; jednak już raz uśmiałam się serdecznie. Jmć Dobrodziejka całą garderobę panieńską pani starościny pannom respektowym i służebnym rozdała; przez czas niebytności naszej każda z tych datków coś sobie zrobiła: to jubkę208, to kontusik, to fartuch, to salopkę209, i wszystkie jakby namówione wystąpiły w tych strojach w niedzielę; gdzie rzucić było okiem u stołu, wszędzie był szczątek garderoby Basi: postrzegł to pierwszy Macieńko, westchnął okropnie, a zapytany odpowiedział, że boleje nad tym rozszarpaniem chudoby śp. Barbary. Wszyscy w śmiech, ja z Teklusią najbardziej, aż nas łajał Jmć Dobrodziej i przypomniał nam to starodawne przysłowie: Przy stole jak w kościele. Ale jakże śmiać się nie było?
Dnia 25 marca 17S9 r., w piątek
Wczora zdarzyła mi się też nowa i zupełnie niespodziewana przygoda, która w tym dzienniku miejsce zająć powinna. Gdym jak zazwyczaj w południe z Madame i z siostrami przyszła na pokoje Państwa na obiad, zastałam kasztelanica Kochanowskiego; stojąc w framudze okna z Jmć Dobrodziejem, rozmawiał tak żywo, że nie spostrzegł, kiedyśmy weszły; nie mogłam dosłyszeć tego, co mówili, jednak obiły się o moje uszy te ostatnie Jmć Dobrodzieja słowa, które z niejakim wyrzekł przyciskiem: „O finalnej rezolucji210 wnet się Wmość dowiesz”. I to powiedziawszy szepnął coś do ucha Jmć Dobrodziejce; ta kiwnęła na marszałka, dała mu jakiś potajemny rozkaz i niedługo obiad dano. Pan kasztelanic naprzeciwko mnie usiadł i dopierom się dokładnie przypatrzyła, jak był wystrojony. Frak aksamitny haftowany, kamizelka atłasowa biała, żaboty211 i mankiety koronkowe, fryzura jak z pudełka; a szastał się, kręcił, rozmawiał, francuszczyzną i dowcipem sadził dwa razy więcej niż kiedy: bardzo był piękny i zabawny. Obiad trwał dłużej niż zwykle, na pieczyste czekaliśmy chwilę i zważałam, że wtedy pan kasztelanic, lubo prawie nieustannie gadał i śmiał się, przecież mienił się jak cudowny obraz; nareszcie drzwi od sieni się otworzyły, weszli pacholiki z pieczystym, a mój kasztelanic zbladł jak chusta: spojrzałam na półmiski, obaczyłam gęś z czarnym sosem212 i domyśliłam się wszystkiego. Nie śmiałam podnieść oczów, dziwne myśli cisnęły mi się razem do głowy; przypomniały mi się owe piękne krakowiaki, zręczne mazury i menuety, wyborne siedzenie na koniu, gładka mowa francuska, śliczne komplimenta, wesele pani starościny i jakiś żal serce mi ścisnął; nie miałam odwagi wziąść z półmiska, Państwo nawet go się nie tchnęli i gdyby nie szary koniec, byłyby oba zeszły całe; ale Macieńko pierwszy napoczął, a za jego przykładem poszli inni; taki nic dobrego, że wziąwszy udko gęsi, na głos powiedział: „Twardyć to wprawdzie kawałek, ale i to się strawi”. Wieki całe siedzieliśmy u stołu, mnie się przynajmniej tak zdawało, bo mnie i ciekawość dręczyła niepomału.
Nareszcie Jmć Dobrodziej dał znak wstania; powstaliśmy i gdy każdy był zajęty dziękowaniem Panu Bogu, widziałam, jak kasztelanic chyłkiem wymknął się z sali: już więcej nie wrócił, a gdy się dworzanie i dworscy rozeszli, Państwo mnie odwołali od mojej roboty i Jmć Dobrodziej tak do mnie mówił: „Mościa panno! Pan Kochanowski, kasztelanic radomski, oświadczył się dziś o twoją rękę; lubo213 ród jego jest dawny i znakomity, majątek uczciwy i dosyć stosowny, nie zdała się ta partia ani mnie, ani Jmć Dobrodziejce: naprzód — pan kasztelanic bardzo młody, sam z siebie nic nie znaczy, śp. ojca swego tylko tytułem się szczyci i nie odebrał jeszcze żadnej gruntownej łaski z szafunku dworu; po wtóre, nie wziął się, jak przynależy, do rzeczy, nie użył ani swatów, ani dziewosłębów, sam dziś oświadczył się jakby z kopyta, żądał natychmiast rezolucji finalnej. Otrzymał też przyzwoitą. Ani wątpimy, że i Waćpanna, Franulku, tegoż zdania jesteś”. To powiedziawszy, nie czekając odpowiedzi mojej, kazał mi wrócić do roboty.
Zapewne, zastanowiwszy się, i z obowiązku, i z przekonania sposób myślenia Państwa dzielę; ale ponieważ tu wszystko szczerze pisać się obowiązałam, wyznam, że wcale nie dlatego, że młody ani też że się wziąść do rzeczy nie umiał, ale najwięcej dlatego, iż nie ma sam z siebie znaczenia; jak Macieńko powiada: to „nic”, na którym kończy się „kasztelanic”, niewiele blasku przynosi: mnie by się przynajmniej zupełnego kasztelana chciało. Wreszcie, Bóg widzi, że jeszcze ochoty nie mam iść za mąż; tak mi dobrze w rodzicielskim domu. Kilka dni po powrocie z Sulgostowa smutno mi było, ale teraz już wracam do dawnej wesołości, gram nierównie większą rolę jak dawniej; kiedy gości nie ma, mnie czwartej u stołu półmiski podają, ja teraz z Państwem wszędzie jeździć będę; szkoda by tego wszystkiego porzucić; a potem, zamężcie kończy zupełnie zawód białogłowy; skoro pójdzie za mąż, jużci klamka zapada i po wszystkim; wie, czym będzie, gdzie będzie do śmierci; ja zaś w myśli mojej bujać lubię i na wołowej skórze by nie spisał tego, co mi czasem przy krosnach lub przy siatce po głowie się uwija. Jmć Dobrodziejka wprawdzie bardzo często powtarza: „Pannie dobrze edukowanej i urodzonej nie przystoi zabawiać myśli mężem”. Ja też doprawdy, że nie o mężu myślę, tylko tak o różnych andronach, a cokolwiek mi się zdarzy czytać, wszystko to mimowolnie zaraz do siebie stosuję. Dzielę los wszystkich księżniczek, heroin z dzieł pani de Beaumont, panny de Scudéri214, pani de La Fayette215 i często mi się wydaje, żem na takie same przeznaczona awantury. Teraz, kiedy już Basia za mąż poszła, większą mam ku temu łatwość; ona te bujania zawsze we mnie ganiła i niewiele romansów czytać dawała; lecz dla odwetowania straty czasu w ciągu jej wyprawy sama Madame wiele mi czytać każe, a im więcej czytam, tym więcej myśli moje rozkołysane. Basia zawsze zupełnie odmienne od mego miała ułożenie: ona mi się nieraz przysięgała, iż nigdy o przyszłości, o mężu nie myśli, chyba przy pacierzu; bo trzeba wiedzieć, że z rozkazu Jmć Dobrodziejki każda z nas, gdy szesnasty rok zaczyna, do prośby o rozum dobry, zdrowie dobre, przyjaźń ludzką dokłada: „i męża dobrego”. Basia zwała rzeczą bardzo słuszną prośbę do Boga o to, żeby był dobry ten, który nam kiedyś ojca i matkę ma zastąpić, z kim żyć trzeba do śmierci, kogo słuchać i kochać należy; ale nigdy w życiu nie postało jej w głowie, gdzie go pozna, jak i kiedy, czy jej się zdarzą jakie szczególne przygody, czy nie. Mówiła zawsze: „Jak się trafi, dosyć będzie czasu”. Bardzo dobrze na tym wyszła; takiego słusznego216 dostała człowieka; pisała do Państwa, że skoro się odtęschni od ich domu, nie będzie nad nią szczęśliwszej białogłowy: widać, że coraz bardziej kocha pana starostę i że zupełnie z losu swojego kontenta217. Kto wie? może bym ja takim losem zaspokojoną nie była?... Co bądź, to bądź, bardzo dobrze Państwo zrobili, że odmówili kasztelanicowi; żal mi trochę nieboraka, iż taki wstyd poniósł, ale nadzieja w Bogu, sprawdzą się słowa Macieńka: i on strawi ten przykry kawałek.