ale niejeden przystanął,
gdy saksofon trzasnął ton, od którego się rodzona matka przypomni,
a potem znów chodzili, każdy po swojej sali,
złociści i ogromni,
w swych przezroczystych pelerynach,
jakby w astralnych20 mandolinach,
jak gdyby saksofon nie był godzien
opiewać śmierci pajączka (?).
Niebo jest mroźne i sine;
jeszcze przed chwilą szkła w szybach były mleczne,