spadł w dzieciństwo i pogalopował? Obiecać drzewo, jeśli to

był kasztan, przynęcić cukrem, jeśli wdał się w zwierzę. A tu

jeszcze mam nie płakać nad swym niedołęstwem.

Nie bój się, trochę siły, już cię wyłaniam z zachodzącej łąki.

Znak zniżony do szmeru, do niedowidzenia, cofnięcie w na-

głe to samo: zielone zwierzę! Ale był jeszcze głos chrapliwy —

i tak po kole karuzeli, od kasztana do konia, w zawrotach

do mdłości, martwe konie, ruch we mnie, plama skacząca

z pastwiska w pastwisko.

A gdyby mu teraz nienazwanym dopiec? Bawić się tak lek-