za wysoko głowica, kiedy pień tną.

A droga jakże tak prosta,

gdy serce niezdarne — proch.

Nie umiem, matko, nazwać, nazbyt boli,

nazbyt mocno śmierć uderza zewsząd.

Miłość, matko — już nie wiem, czy jest.

Nozdrza rozdęte z daleka Boga wietrzą.

Miłość — cóż zrodzi — nienawiść, struny łez.

Ojcze, broń dźwigam pod kurtką,

po nocach ciemno — walczę, wiary więdną.