słyszała co dzień kroki. Wiała mokra sień

i pory roku, deszcze jak spienione konie

porywały za sobą drzewa i niebiosa,

pochmurne, to znów białe. Śnieżyce na włosach

zostawiały jej płatki, cichym rylcem żłobiąc.

Zamieniała się w pomnik powoli, nieznacznie,

nocą czekając dnia, który ją rzeźbić zacznie,

a dniem na noc czekając, na splątany kłąb

ciemnych organów ciszy, które wiały w głąb,

jak wir lodowej rzeki. I huczała trwoga.