Przychodził do niej we śnie długi cień,

rozchylał płatki nocy, co pod jego ręką

rozwijały się, szumiąc jak spalony kwiat,

i nazywał imieniem pory wszystkich lat,

i zamykał skinieniem sny jak morza lęku.

I przyszedł pierwszy raz, i nawiał obłok biały,

a chłodne bryły lodu tej nocy — w staw przemienił,

a na nim złote kręgi milczenia tak się chwiały

jak motyl albo gwiazdy brzęczący, pszczeli ślad.

«Matko — powiedział — powróć ze mną w daleki las,