szumiący mróz wieczności. Ktoś go z głębi wołał.

I rybak dłoń nawykłą kładł na ostre smugi

rozkwitającej sieci i ciągnął milczenie,

pełne kształtów zastygłych, ciężkich jak maczugi.

Zdało mu się, że dźwignią niebios uniósł ziemię.

I dobył czas warczący w kuli pełnej ognia,

co się jak wąż rozciągał i kurczył jak batog,

aż porozcinał, wchłonął miasta, twarze, wieki,

aż wielkie zapomnienie zeszło. Śpiew ulatał.

Był to głos Boga. Rybak u powieki