jak ptaki, aż wreszcie spadają, dymy i szum je oddala.

Powietrze porusza skrzydłem, napędza ciemności jak fala,

a z niej dziewczyna wyrasta pianą, szumi i świeci,

nabrzmiewa kształtem, szeleści, ręce jak gałąź kwitnącą

wyrzuca, jak woda opada, wiruje w liści zamieci,

szuka, dłonie obraca, zaklina powietrze i ziemię,

ale się cień nie zjawia, a cisza jeszcze jest głębsza,

więc znowu wiruje jak strumień, zamienia się w wielką łzę.

I spada milcząc boleśnie. To wszystko, co jeszcze umie.

I tylko pachnie po niej cisza jak kwiatów pęk.