dłoń potrąca o piszczel, serce o żeber chrzęst,

idą omackiem, ciemność macają dłońmi jak mur.

Ciężki toczy się poszum coraz to głośniej, już głazem,

Aż świśnie, grzmotem się zwali i pęknie pieśń jak sznur: —

Nocy — śpiewają — nocy, straszliwa duszna powłoko

lepisz się gliną do stóp, a skuwasz pewniej niż stal.

Tak się wypiętrzać jak morza powałą, aż ku obłokom

i runąć znowu, i runąć. Cóż pozostaje? — żal?

Żal tylko — chyba za mało — na pragnień lawinę huczącą,

Żal tylko — chyba za śpiewnie — na śmierci oddech ogromny.