I tak w pędzie zastygli,

że na mróz jak na igłę

wbici — z wolna zmieniali się w kamień.

Wtedy knieje srebrzyste

promień przeciął ze świstem,

droga przeszła w niebieską równinę.

Złote chleby i ręce

jak w dzieciństwa piosence

niosła matka na witanie z synem.

Złote kosy1 i oczy,