powoli oczy ciężkie jak skrzydła rozwinę:

mury wygrzane w słońcu — białe szorstkie koty.

Przeciągają wzdłuż winnic grzbiety skwaru — rtęcią

i morze się ugina drętwe ciepłym złotem

(pękają akordy barw zmierzchem zwilgając jak parą)

a kiedy błękit świtem wzejdzie w przestrzeń

miasto wyleje rzeką szeroką do morza.

Odpłynę wiotkim statkiem w szerokie ramiona

horyzont pęknie jak szklana obroża

pożegnają mnie ciszą gęstych drętwych zmierzchów