W niebo śpiewem rosnę, w ziemię korzeniami wrastam,

me milczenie jest strumieniem, a ma pieśń liściasta!»

Więc Orfeusz chwycił lirę rozmodloną dłonią,

strunę trącił, już obłoki przebudzone dzwonią.

Jeszcze głosu nie wydobył, już na wargi drżące,

jak na liście, promieniście wbiega młode słońce.

I pieśń począł.

Wrył się w ziemię takim jasnym tonem,

że wzleciały ponad drzewa krety uskrzydlone,

że strumienie, co pod ziemią ciemno się poczęły,