obudzić mogła». Wtedy jak uskrzydlona

drapieżność siadł mu jastrząb na ramieniu.

«Wiem: to są szpony, które się rychło stępią,

lecz skalnej kory niezdolne nigdy przebić.

Nie taką drogę trzeba mi pieśnią przebyć,

by łzami osnuć Jej źrenicę sępią».

I w leśną ciszę wszeptywał się: «Przestrzeni,

jakże cię struną, co krwawić śmie, ogarnę?»

I załkał cicho. I jak jagody czarne

łzy dojrzewały w puszystych mchów zieleni.