Jak po obczyźnie stopą brnąc niepewną,
błąka się w sobie, ocienia żałobą,
nie żal po tobie, lecz smutek nad sobą...»
Więc się zawstydził Orfeusz, a mgły
coraz to gęściej liściami szeleszcząc,
na twarz mu kładły swe wilgotne sny.
A on nie wiedział, czy to deszcz, czy łzy.
I tylko jeż przez mokre biegnąc mchy,
zbierał na kolce srebrne jabłka deszczu.