wśród płaczu drżącego w ustach.

Na dole rozdęta sień

ziała cieniami — pusta.

Padał deszcz, czarni ludzie za bramą.

Karawan, który czekał, w lęku okrzepł.

Mały chłopiec w koszuli, wołałem: «Mamo!»

Kondukt ruszał. Był to mój własny pogrzeb.

3

Już był najwyższy czas,

znaki na niebie rosły