karabiny. A ognia płonącego wełny
to opadną, to okryją łysk i świst złowrogi.
Stanęli i przypadli, biała nitka trwogi
już ich dusiła w gardle, już bieg pękł w pół drogi,
gdy się nagle z ciemności jak zjeżone rogi
dwa cienie poderwały. To w górę, to na dół
schylają się wśród biegu, na wietrze się kładą.
Oni dwaj zapaleni jedną iskrą razem,
na dwu końcach torowisk, z granatami w ręku,
w dymie skoczyli naprzód. Wtedy się ozwały