salwy za nimi. Najpierw pojedyncze strzały,

potem grzechot raz po raz jak sznur się naprężał

i słoniły ich z boków proste, długie węże

pocisków. Już dopadli. Rzucili. Grom. Chmura

krwawa z ziemi wytrysła i zastygła w górze.

W dole złote cekiny jak płonące róże

dogasały. I wtedy nagle, gdy już z wolna

zbliżali się, Jan spojrzał i zobaczył z bliska,

jak się zza martwych desek cień ostry wynurza,

bierze na cel. W ciemnościach widać: strzelec zmruża