czerniały jak rysunek ślepej mapy śmierci,
i czuł, jak mu się życie zsiada ciężko w piersi,
jak dławi, chciałby wypluć, wyrzucić je z siebie.
Za późno już. Jan leżał. Powoli na niebie
rozlewała się czerwień i na srebrnych krzakach
łzy świeciły, jak gdyby ktoś przed świtem płakał.
*
W uliczce ciężki upał, jakby w szklane słoje
powietrza ponalewał dzień żółtego miodu.
Maliny lśniły sztywno na grzędach ogrodu