i ostry zapach śmierci wisiał nad pokojem.
Piotr stał przy nim. Jan westchnął i oczy otworzył.
Jego ogromne ciało, maleńkie już teraz,
pod kołdrą, jakby obce było mu, zbyt ciężkie,
aby je udźwignęło jego serce męskie,
twarz z wosku, gdzie minuty powoli mu ryły
coraz to ostrzej źródła i wypukłe żyły.
Duszno było i ciężar powietrza przymrużał
usta, które co chwila otwierał, by mówić,
sufit drgający słońcem jak biała kałuża