ja muszę odejść, muszę, ja... Maria urodzi

syna. Słuchaj, nie — słuchaj, w tej ognia powodzi

on nie zginie. Ty, Piotrze...» Tu mu usta wklęsły

i nos jak wosk studzony zamierał w łuk ostry.

«Ty go, słuchaj...» Piotr ręce załamał i ciepła

łza mu spłynęła do ust, czuł, jak mu zakrzepła,

ogromna, coraz większa, gorąca, jak ołów.

Skwar roztapiał przedmioty. Wielkie ciszy koło

wirowało w milczeniu. Już się pierś szeroka

zapadła, miękka, zwiotczała i lekka,