I widział z dala przez okno nieboskłon,

gdzie morze chmur dalekie nawisało cicho,

i błagał. On nie umiałby tak zwykle, prosto

wziąć śmierci własnowolnie jak kwiatu ciemności,

on nie wiedział. Stał w niebie, jakby złoty kościół

skwar ciężki wybudował dla jego modlitwy,

i błagał. On — on, który w dzień ostatni bitwy

wietrzył lęk w oczach Jana. On żył, on pozostał,

jego droga nikomu potrzebna, zła, prosta

jak strzał karabinowy. «Boże — błagał — Boże,