błyszczała moc i nieobjęta młodość.

Jeszcze wzrok chwilę wstrzymał i na Jana spojrzał,

i jakąś niechęć poczuł, bo zdało się, dojrzał

na dnie oczu błękitnych niepokój czy boleść.

Milczał chwilę i ręce jak struny na stole

sprężył, chciał wniknąć głębiej, chciał go myślą przebić,

może zeń lęk odczytać czy kruchość pragnienia.

Piotr nie lubił go. Ten dziwny artysta,

wielki, o płowych włosach, które mu jak płomień

wytryskały na słońcu, twarz wysmukła, czysta,