chłopięca prawie. Piotr dobrze pamiętał,
gdy Jan rozmawiał z nim w pracowni wielkiej,
gdzie się wznosiły żywe bryły piękna,
które Jan wznosił dłonią zwinną jak łasica,
i dziwne maski chimer na żółtych policach2,
wydarte dłonią Jana już chyba nie z gliny,
ale z najgłębszej skargi człowieczej i winy.
I widział Piotr, jak z dłoni Jana promień tryskał,
palec wznosił w marmurze niebiosa, przyciskał,
wiódł wolno, wyprowadzał i w oczach mu prawie