Ludzie odeszli, głodni, od zwykłej biesiady.

To prawda, że przyzywam ich na darmo, blady.

Panie! odpuść mi, jeśli nie dość mnie kochali.

Odbiegł mnie sen, o, Panie! oto miesiąc czyni

Najazd na jasne niebo, jak srebrna posucha.

Jego blasku muśnięcie jest jak wargi Ducha.

Boleść moją zawiodłem na kraniec pustyni.

Lecz bardzo pragnę chleba, Panie! niechby usta

Dotknęły ust: tak nęka miłosne strapienie,

Oto piecze mnie ławka, jej chłodne kamienie: