— Niech was Bóg błogosławi! A teraz pozwólcie przedstawić nowego członka. — Ku niezadowoleniu reszty klubu Ludka otworzyła drzwi od kryjówki i ujrzano Artura, który siedział na worku ze starzyzną, czerwony i mrugający oczami od powstrzymywanego śmiechu.
— Niegodziwa Ludko, jak mogłaś to zrobić! — krzyczały dziewczęta, gdy Snodgrass triumfalnie przyprowadził przyjaciela i zainstalował go, podawszy krzesło i bilet wejścia.
— Te łotry mają dziwnie zimną krew — odezwał się Pickwick, marszcząc się surowo, chociaż mimo woli uśmiechał się mile.
Nowy członek umiał stanąć na wysokości zadania i powstawszy z ukłonem pełnym wdzięku, rzekł ujmująco:
— Panie prezesie i wy, moje panie... przepraszam, chciałem powiedzieć: moi panowie... pozwólcie, abym się przedstawił jako Sam Weller, pokorny sługa klubu.
— Dobrze, dobrze! — wykrzyknęła Ludka, tłukąc rączką starej patelni, o którą się opierała.
— Wierny towarzysz i szlachetny protektor, który mnie przedstawił w tak szlachetnych słowach, nie zasługuje na naganę za dzisiejszy podstęp, albowiem moje to dzieło, on zaś uległ tylko moim silnym naleganiom — mówił Artur, wskazując ręką na Ludkę.
— Nie bierz wszystkiego na siebie, bo to był mój pomysł — przerwał Snodgrass, rozweselony tym figlem.
— Nie zwracaj pan uwagi na jego mowę, ja tu jestem winowajcą — rzekł nowy członek, kłaniając się Pickwickowi. — Jako Weller klnę się jednak honorem, że już tego nigdy nie zrobię i odtąd poświęcać się będę sprawom tego nieśmiertelnego klubu.
— Słuchajcie, słuchajcie! — wołała Ludka, uderzając w pokrywę patelni jak w cymbały.