— Mów dalej, mów dalej! — dodali Winkle i Tupman, a prezes łaskawie skłonił głowę.
— Powiem tylko, że chcąc okazać wdzięczność za otrzymany zaszczyt i dla utrzymywania przyjaznych stosunków z sąsiednimi narodami urządziłem w płocie od ogrodu biuro pocztowe, z południowej strony. Jest to piękny i obszerny budynek z kłódką u drzwi i z wszelkimi wygodami. Niegdyś służył za klatkę zimorodkowi, lecz zatarasowałem drzwi i zrobiłem okno w dachu, więc pomieści się tam wiele rzeczy i oszczędzimy sobie dużo czasu. Możemy wkładać listy, rękopisy, książki i paczki, a ponieważ każdy naród otrzyma klucz, zdaje mi się, że będzie bardzo wygodnie. Teraz składam klucz klubowy, dziękuję za otrzymany zaszczyt i śpieszę zająć wyznaczone mi miejsce.
Nastąpiły wielkie oklaski, gdy pan Weller usiadł, złożywszy kluczyk na stole. Patelnia brzęczała gwałtownie i nieprędko przywrócono porządek. Wiedli potem długie dyskusje i wzajemnie budzili w sobie podziw, bo każdy starał się mówić jak najlepiej. To ożywione posiedzenie trwało do późna, przerwały je wreszcie trzy wesołe głosy, obwołując radośnie nowego członka.
Nie pożałowano w klubie przyjęcia Samuela Wellera, bo trudno znaleźć członka, który byłby bardziej oddany, przyzwoity i wesoły. Wlał on nowego ducha w zebrania i w gazetę, wymową przenikał słuchaczy do głębi i pisał artykuły patriotyczne, klasyczne, komiczne lub dramatyczne, nigdy się nie wdając w sentymentalne. Ludce zdawały się godne Bacona69, Miltona70 lub Szekspira i korzystnie wpływały na jej dzieła, przynajmniej według jej sądu.
K. P. był wyborną instytucją i dobrze się powiódł. Przez jego pocztę przeszło prawie tyle dziwacznych rzeczy, co przez prawdziwą: tragedie i krawaty, poezje i konfitury, nasiona ogrodowe i długie listy, nuty i pierniki, kalosze, zaproszenia, połajanki i cacka. Staremu gentlemanowi bardzo podobała się ta zabawa i dla przyjemności wysyłał dziwaczne przesyłki: tajemnicze listy lub dowcipne telegramy. Jego ogrodnik, ujęty wdziękami Anny, przesłał list miłosny pod adresem Ludki. Ile było śmiechu, gdy wyszła na jaw jego tajemnica, nigdy bowiem nie przyszło im na myśl, że ich poczta będzie w przyszłości przechowywać tak wiele miłosnych listów!
Rozdział XI. Próby
— Mamy dziś pierwszy czerwca, Kingsowie jadą jutro nad morze, a ja jestem wolna! Trzy miesiące wakacji! Jakże ich będę używać! — wołała Małgosia, wróciwszy do domu w upalny dzień.
Ludka leżała na sofie strasznie znużona, Eliza zdejmowała zakurzone buciki, Amelka zaś przyrządzała lemoniadę, żeby ochłodzić całą gromadkę.
— Jakże się cieszę, że ciotka March dziś wyjechała! — rzekła Ludka. — Śmiertelnie się bałam, że zechce mnie wziąć ze sobą. Gdyby nalegała, nie mogłabym odmówić, a w Plumfield jest niewiele weselej niż na cmentarzu. Jak się cieszę, że się uwolniłam! Dużo było krzątaniny, zanim stara jejmość się wybrała, i ogarniał mnie strach, ile razy się do mnie odezwała, bo od gorącej chęci wykręcenia się od tej podróży byłam tak niezwykle usłużna i słodka, że się aż obawiałam, czy nie będzie jej żal rozstać się ze mną. Krzątałam się, póki nie usiadła wygodnie w powozie, ale i wówczas zdjęła mnie jeszcze obawa, bo wychyliwszy na odjezdnym głowę, zapytała: „Ludwiko, czy nie chcesz pojechać?”. Więcej już nic nie słyszałam, bo się odwróciłam i jak tchórz biegłam bez tchu, aż do zakrętu drogi, tam dopiero czując się bezpieczna.
— Biedna Ludka! Wpadła do domu, jak gdyby ją niedźwiedzie goniły — rzekła Eliza, głaszcząc siostrze nogi z macierzyńską czułością.