„Biedne duszyczki, boję się, że im ciężko, ale nie będą się dłużej męczyć i wyjdzie im to na dobre” — pomyślała, kładąc obok nieudanego śniadania smaczniejsze mięsiwa, w jakie się zaopatrzyła, a ten matczyny podstęp bardzo im był na rękę.

Dużo było narzekań na dole i wielkie niepowodzenia trapiły naczelną kucharkę.

— Nie kłopocz się, ja zrobię obiad i będę służącą, a ty bądź panią: szanuj ręce, przyjmuj gości i wydawaj rozkazy — rzekła Ludka, znająca się jeszcze mniej od Małgosi na kuchennych sprawach.

Ta uprzejma propozycja została chętnie przyjęta i Małgorzata poszła do pokoju bawialnego, a chcąc go naprędce uporządkować, zmiotła śmiecie pod sofę i otworzyła okno, by sobie oszczędzić ścierania kurzu.

Ludka, z wiarą w swoje siły, dla zakończenia sporu natychmiast zaniosła na pocztę bilecik zapraszający Artura na obiad.

— Lepiej trzeba było się zastanowić nad tym, co podasz, zanim pomyślałaś o gościach — rzekła Małgosia, dowiedziawszy się o tym grzecznym, lecz nierozważnym kroku.

— Jest peklowana73 wołowina i mnóstwo ziemniaków, dodam szparagów i homara74 „dla smaku”, jak mówi Anna. Będziemy też mieli sałatę. Nie umiem wprawdzie jej przyprawić, ale nauczę się z książki. Jeżeli chcesz elegancji, to podam nawet blanc-manger, poziomki i kawę.

— Nie rób tyle potraw Ludko, bo tylko pierniki i konfitury potrafisz tak zrobić, że da się zjeść. Umywam ręce od tego obiadu i skoro zaprosiłaś Artura, weź na siebie odpowiedzialność i zajmij się nim.

— Proszę cię tylko, żebyś była dla niego uprzejma i żebyś mi pomogła zrobić budyń. Przecież mi poradzisz, jak w czymś pobłądzę, prawda? — rzekła Ludka trochę urażona.

— Dobrze, ale ja wiem tylko tyle, że trzeba podać chleb i parę drobiazgów. Spytaj lepiej mamy o pozwolenie, zanim coś zamówisz — powiedziała roztropnie Małgosia.