— Oczywiście, że tak, przecież nie jestem niemądra — i pobiegła, rozgniewana, że jej siostra nie ufa.
— Podaj, co chcesz, i daj mi spokój. Zjem obiad na mieście, bo nie chcę się trudzić domowymi sprawami — rzekła pani March, gdy Ludwisia poszła z nią porozmawiać. Nigdy nie lubiłam zajmowania się domem i dziś będę sobie świętować, czytać, pisać, składać wizyty i bawić się.
Widząc, że matka, zwykle zajęta, leży dziś wygodnie na sofie i czyta od rana, Ludka doznała wrażenia, jakby miała przed sobą niezwykłe zjawisko natury. Zaćmienie słońca, trzęsienie ziemi czy wybuch wulkanu nie zdziwiłyby jej bardziej.
„Jakoś wszystko dziwacznie idzie — myślała, schodząc na dół. — Eliza płacze, na pewno jej lalkom stało się coś złego. Jeżeli Amelka będzie się uprzykrzać, to zaraz się jej pozbędę”.
Źle usposobiona Ludka wbiegła do pokoju bawialnego i zastała Elizę płaczącą nad kanarkiem Pipem, który leżał w klatce martwy, z łapkami rozpaczliwie wyciągniętymi, jakby prosił o pożywienie.
— Sama jestem temu winna, zapomniałam o nim, nie miał już ani jednego ziarnka, ani kropli wody.... Ach, Pipie, Pipie! Jak mogłam być taka okrutna! — wołała Eliza, biorąc biedaka w ręce, żeby go wskrzesić.
Ludka zajrzała w na wpół otwarte oczki, dotknęła serduszka, a widząc, że jest zimny i sztywny, potrząsnęła głową i zaoferowała swoje pudełko od domina na trumnę.
— Włóż go do pieca, może się rozgrzeje i ożyje — powiedziała Amelka, nie tracąc jeszcze nadziei.
— Zagłodził się już, nie należy go piec, kiedy nie żyje. Zrobię mu całun, pochowam w grobie i nigdy nie będę mieć innego ptaka, nigdy mój Pipie! Bom tego nie warta — szeptała Eliza, siedząc na ziemi z ulubieńcem w rękach.
— Pogrzeb odbędzie się dziś po południu i wszyscy pójdziemy. Nie płacz Elizo. Szkoda go, ale wszystko się jakoś nie wiedzie w tym tygodniu, a Pipowi najgorzej dała się odczuć próba. Zrób całun i połóż go w moim pudełku, a po obiedzie urządzimy ładny pogrzeb — rzekła Ludka, zaczynając odczuwać, że zbyt wiele rzeczy wzięła na swoją odpowiedzialność.