Zostawiła Elizę siostrom, by ją pocieszały, i udała się do kuchni, gdzie panował rozpaczliwy nieład. Przypasała duży fartuch, przygotowała stos talerzy do zmycia — wtem spostrzegła, że ogień wygasł.

— Miły początek! — mruknęła, zamykając drzwiczki od pieca, i energicznie zabrała się za rozżarzanie węgli.

Rozpaliwszy ogień, postawiła wodę i poszła na targ. Ożywiona przechadzką, przyniosła do domu bardzo młodego homara, bardzo stare szparagi i dwa garnuszki kwaśnych poziomek, w przekonaniu, że wszystko jest doskonałe. Wróciwszy, zastała piec rozgrzany do czerwoności. Anna zostawiła bochenek chleba do upieczenia, a Małgosia postawiła go, żeby wyrósł, i zapomniała o tym. Właśnie była zajęta przyjmowaniem Salusi Gardiner w pokoju bawialnym, gdy drzwi otworzyły się szeroko, ukazała się postać pokryta sadzami i mąką, spocona, rozczochrana i spytała z przerażeniem:

— Czy chleb dosyć już wyrósł, gdy wychodzi z miski?

Salusia zaczęła się śmiać, Małgosia skinęła głową i uniosła brwi tak wysoko, jak tylko możliwe, skutkiem czego zjawisko znikło i nie zwlekając dłużej, wstawiło chleb do pieca. Pani March zeszła na dół, zajrzała tu i ówdzie, co słychać, i rzuciła słowo pociechy Elizie, szyjącej całun przy ukochanym nieboszczyku, położonym uroczyście w pudełko od domina. Dziwne uczucie osamotnienia ogarnęło dziewczęta, gdy jej szary kapelusz znikł za rogiem domu, i ogarnęła je rozpacz, kiedy w kilka minut potem nadeszła na obiad panna Crocker.

Była to osoba chuda i żółta jak pająk, miała spiczasty nos i ciekawskie oczy, którym nic nie umknęło. Przy tym z zamiłowaniem roznosiła plotki. Dziewczęta jej nie lubiły, ale uczono je, by były dla niej grzeczne z powodu jej podeszłego wieku, ubóstwa i osamotnienia. Małgosia przysunęła fotel i starała się ją zabawić, a panna Crocker sypała pytaniami, ganiła wszystko i opowiadała historie o swych znajomych.

Mowa ludzka nie zdoła oddać trosk i męczarni, jakie przeszła Ludka tego ranka. Jej obiad był powodem bezustannych żarcików. Wstydząc się już zasięgać rady, wywiązywała się ze swego zadania sama, jak mogła najlepiej, lecz okazało się, że na kucharkę trzeba czegoś więcej niż energii i dobrej woli. Szparagi gotowała całą godzinę i martwiła się, że chociaż główki są miękkie, reszta coraz twardsza. Chleb się przypalił, bo porzuciła wszystko inne, żeby zająć się przyprawieniem sałaty, która się tak nie udała, że nie można jej było podać na stół. Homar był dla niej szkarłatną tajemnicą, więc póty w niego stukała, póki nie pozbawiła go skorupy. Wówczas jego chude członki ukryła w gaju liści sałaty. Ziemniaki były niedogotowane, bo się z nimi spieszyła, żeby nie czekały szparagi. Blanc-manger zbiło się w grudki, a poziomki okazały się niedojrzałe.

„Mogą jeść peklowane mięso i chleb z masłem, jeżeli są głodni, tylko żałuję, że się daremnie przemęczyłam cały ranek” — myślała Ludka, dzwoniąc na obiad o pół godziny później niż zwykle. Zgrzana, zmęczona, znękana, patrzyła na ucztę przygotowaną dla Artura, przyzwyczajonego do wykwintu, i dla panny Crocker, której ciekawskie oczy zaraz spostrzegały wady, a gadatliwy język roznosił wszystko po świecie.

Biedna Ludka chętnie schowałaby się pod stół, gdy kosztowano jedną potrawę po drugiej, a żadnej nie dawało się zjeść. Amelka chichotała, Małgosia miała zrozpaczoną minę, panna Crocker wykrzywiała wzgardliwie usta, Artur śmiał się i rozmawiał, ile tylko mógł, żeby nadać wesoły ton tej śmiesznej scenie. Ludka najbardziej liczyła na owoce, ocukrzyła je bowiem dobrze i przygotowała do nich garnuszek śmietanki. Twarz ochłonęła jej trochę i odetchnęła z głębi piersi, gdy ładne kryształowe talerzyki krążyły wkoło i wszyscy z przyjemnością spoglądali na różowe wysepki, pływające w morzu ze śmietanki. Panna Crocker skosztowała pierwsza, ale skrzywiła się okropnie i czym prędzej napiła się wody. Ludka, która nie chciała jeść poziomek z obawy, że ich zabraknie, bo bardzo ich ubyło po oczyszczeniu z gałązek, spojrzała na Artura. Jadł odważnie, chociaż wykrzywiał trochę usta i nie odrywał wzroku od talerza. Amelka, zamiłowana w przysmakach, wzięła czubatą łyżkę, zakrztusiła się, schowała twarz w serwetę i pospiesznie wstała od stołu.

— Co to jest? — wykrzyknęła drżąca Ludka.