Zanim gosposie wypoczęły, przybyli goście, musiały się więc gorączkowo spieszyć, żeby ich przyjąć. Trzeba było potem zrobić herbatę, załatwić sprawunki i uszyć kilka ściegów odkładanych do ostatniej chwili. Gdy zapadł mglisty, cichy zmrok, zeszły się jedna po drugiej w altanie, gdzie pięknie kwitły czerwcowe róże, a siadając, każda westchnęła, jakby ze zmęczenia lub ze smutku.
— Jakiż to był okropny dzień — powiedziała Ludka, bo zwykle pierwsza się odzywała.
— Wydawał się krótszy niż inne, ale taki niemiły — rzekła Małgosia.
— Zdawało się, żeś nie jesteśmy u siebie w domu — dodała Amelka.
— Nie mogło być inaczej bez mamy i Pipa — rzekła z westchnieniem Eliza, spoglądając łzawymi oczami na pustą klatkę.
— Mama już jest, moja droga, a ptaszka będziesz miała jutro, gdy zechcesz.
To mówiąc, pani March zajęła miejsce wśród nich z takim wyrazem twarzy, jak gdyby i jej wakacje nie były przyjemne.
— Powiedzcie mi, dziewczęta, czy macie już dosyć tej próby, czy chcecie ją przedłużyć jeszcze o tydzień? — zapytała, gdy Eliza przytuliła się, a pozostałe zwróciły do niej pogodne twarze, jak kwiaty kierujące się za słońcem.
— Ja więcej nie chcę — zawołała Ludwisia stanowczo.
— Ja także! — zawtórowały pozostałe.