— Dobra z ciebie dziewczyna — rzekła pani March. — Starasz się zwalczać nieśmiałość i kocham cię za to. Wiem z doświadczenia, że niełatwo walczyć z wadami i że dobre słowo dodaje otuchy.
— Dziękuję ci, mamo! — rzekła Ludka, składając na chudym policzku matki wdzięczny pocałunek, droższy dla niej niż gdyby jej przywróciła różową krągłość młodości.
— Otrzymałam pudełko czekolady i obrazek, który chciałam skopiować — rzekła Amelka, pokazując paczkę z poczty.
— A do mnie napisał pan Laurence, z prośbą, żebym przyszła grać o zmroku, i pójdę — dodała Eliza, której przyjaźń ze starym gentlemanem pięknie się rozwijała.
— Teraz trzeba się krzątać i pracować podwójnie, żebyśmy jutro mogły się swobodnie bawić — powiedziała Ludka, biorąc miotłę w miejsce pióra.
Gdy nazajutrz słońce zajrzało do pokoju dziewcząt z obietnicą pięknej pogody, ujrzało komiczny obraz, bo każda z nich uczyniła pewne przygotowania do zabawy. Małgosia dodała jeden szereg papilotów nad czołem, Ludka obficie namaściła twarz kremem, Eliza wzięła ze sobą Joasię do łóżka, żeby jej wynagrodzić zbliżającą się rozłąkę, Amelka zaś prześcignęła wszystkie: ścisnęła sobie nos spinaczami, podobnymi do tych, jakich używają artyści do mocowania papieru na desce. Chciała bowiem w ten sposób podnieść w górę szpecący ją nos. Zdaje się, że słońce bawiło się tym śmiesznym widokiem, bo wniknęło z takim blaskiem, że Ludka ocknęła się i obudziła siostry, śmiejąc się serdecznie z pomysłu Amelki.
Promienie słoneczne i śmiech były dobrymi wróżbami dla wycieczki i wkrótce w obu domach rozpoczął się wesoły ruch. Eliza, która pierwsza była gotowa, donosiła, co się dzieje w sąsiedniej bramie, a jej telegramy, przesyłane od okna, uprzyjemniały siostrom czas ubierania się.
— Idzie człowiek z namiotem — mówiła. — Pani Barkes układa przekąski w dużych koszykach, Pan Laurence przygląda się niebu i chorągiewce. Chciałabym, żeby się wybrał z nami. Teraz pokazał się Artur, wygląda jak marynarz, jaki ładny chłopiec! Ach, mój Boże! Jakiś powóz pełen gości! Siedzi w nim dorosła panna, dziewczynka i dwóch dużych chłopców. Jeden z nich kaleka, biedak, bierze kule! Artur nam o tym nie mówił. Spieszcie się, dziewczęta! Już późno! Jak to, Ned Moffat, doprawdy! Patrz, Małgosiu, czy to nie ten sam co się ukłonił, jakeśmy dziś chodziły po sprawunki?
— Tak, dziwne, że on też będzie. Myślałam, że pojechał w góry. Otóż i Salusia! Cieszę się, że wróciła na czas. Czy się dobrze ubrałam? — spytała Małgosia z pośpiechem.
— Prawdziwa z ciebie stokrotka. Podciągnij trochę sukienkę i załóż prosto kapelusz, bo wygląda sentymentalnie przekrzywiony w ten sposób i gotów polecieć w górę za pierwszym powiewem wiatru. Chodźcie już!