— Ludko, przecież nie włożysz tego szkaradnego kapelusza. To zbyt niedorzeczne! Nie możesz z siebie robić straszydła — przekonywała Małgosia, widząc, że siostra przywiązuje czerwoną wstążką wielki, staroświecki słomkowy kapelusz, który Artur przysłał dla żartu.

— Właśnie, że założę! Jest doskonały, daje tyle cienia, jest taki lekki i duży! Mniejsza o to, że wyglądam jak straszydło, kiedy mi będzie wygodnie.

Powiedziawszy to, Ludka ruszyła naprzód, a siostry w ślad za nią. Wszystkie ładnie wyglądały w lekkich sukienkach, z wesołymi twarzyczkami pod rondami kapeluszy.

Artur wybiegł na spotkanie i uprzejmie przedstawił im gości. Łąka służyła im za salon i od kilku minut panowało tam wielkie ożywienie. Małgosia była zadowolona, że miss Katarzyna, mając lat dwadzieścia, ubrała się jednak tak skromnie, że amerykańskie panny mogłyby z niej brać wzór. Bardzo jej też pochlebiło zapewnienie pana Neda, że przybył specjalnie po to, żeby ją zobaczyć.

Ludka zrozumiała, czemu Artur zaciskał usta, mówiąc o Kasi, miała bowiem minę: „Nie zbliżaj się do mnie!”, co silnie kontrastowało ze swobodnym zachowaniem się innych dziewcząt. Eliza, przyjrzawszy się nowym chłopcom, zdecydowała, że ten chromy wcale nie jest „okropny”, owszem miły i słaby, więc będzie dla niego uprzejma. Gracja wydała się Amelce osóbką dobrze ułożoną i wesołą; wpatrywały się w siebie pewien czas w milczeniu i nagle zawiązały wielką przyjaźń.

Namiot, przekąska i sprzęt do krokieta76 były już wysłane przodem, więc się gromadka prędko wybrała i dwie łodzie odbiły razem od brzegu, a pan Laurence został nad rzeką, powiewając kapeluszem. Artur z Ludką wiosłowali na jednej łódce, pan Brooke i Ned na drugiej.

Śmieszny kapelusz Ludwisi zasłużył na wotum dziękczynne, oddał bowiem tę ogólną przysługę, że wywołując śmiech, przełamał lody zapoznawania się, sprawiał przyjemny wietrzyk, powiewając tam i z powrotem, gdy wiosłowała, i jak powiedziała, byłby w razie deszczu doskonałym parasolem dla całego towarzystwa. Kasia z pewnym zdziwieniem przyglądała się zachowaniu Ludki, zwłaszcza gdy upuściwszy wiosło, wykrzyknęła: „Krzysztofie Kolumbie!” lub gdy Artur zapytał: „Czy zrobiłem ci krzywdę, drogi kolego?”, nadepnął jej bowiem na nogę, zajmując jej miejsce przy wiośle. Ale przyjrzawszy się parę razy przez szkło „tej osobliwej dziewczynie”, zawyrokowała, że wprawdzie jest dziwaczna, ale ją bawi, i uśmiechała się potem do niej z daleka.

Małgosia siedziała w drugiej łodzi, naprzeciw wioślarzy, którzy wpatrywali się w nią z uwielbieniem, bardzo zręcznie wiosłując. Pan Brooke, poważny, milczący młodzieniec, miał pięknie ciemne oczy i przyjemny głos. Małgosia lubiła jego spokojne maniery i uważała go za encyklopedię pożytecznych wiadomości. Niewiele do niej mówił, ale często się w nią wpatrywał, i była pewna, że czyni to bez niechęci. Ned, będący w kolegium, jak każdy nowicjusz przejął naturalnie miejscowe zwyczaje. Nie był zbyt rozumny, ale poczciwy, wesoły i urządzał wyborne pikniki. Salusię Gardiner pochłaniało czuwanie nad białą pikową suknią i rozmowa z ruchliwym Fredem, którego figle wprawiały Elizę w ciągły strach.

Do celu nie było daleko, a jednak przybywszy, zastali namiot już rozstawiony i wszystko gotowe. Była tam ładna łąka, po środku rozłożyste dęby i równy kawałek ziemi przeznaczony na krokieta.

— Witam was w obozie Laurence’a! — rzekł młody gospodarz, gdy wylądowali z okrzykami radości. — Brooke będzie naczelnym dowódcą, ja głównym intendentem77, reszta chłopców oficerami, a wy, moje panie, szeregowcami. Namiot służy wyłącznie do waszego użytku. Pod jednym dębem będzie salon, pod drugim jadalnia, a pod trzecim kuchnia obozowa.