Artur podrzucił w górę kapelusz, lecz przypomniawszy sobie, że nie wypada cieszyć się niepowodzeniem gości, powstrzymał się w połowie żartu i szepnął do przyjaciółki:

— Gratuluję, Ludko, widziałem, że oszukiwał. Wprawdzie nie można mu tego powiedzieć, ale daję ci słowo, że więcej sobie na to nie pozwoli!

Małgosia wzięła siostrę na bok pod pozorem upinania luźnego warkocza i rzekła z pochwałą:

— Strasznie cię prowokował, ale zachowałaś panowanie nad sobą, co mnie bardzo cieszy.

— Nie chwal mnie, bo niewiele brakowało, żebym mu dała policzek. Byłabym z pewnością wybuchła, gdybym nie postała w zaroślach, póki mi się nie udało poskromić wściekłości na tyle, by powstrzymać język. Jeszcze cała się gotuję i wolałabym, żeby mi schodził z drogi — odrzekła Ludka i przygryzła wargi, zapalczywie spoglądając na Freda spod wielkiego kapelusza.

— Czas na przekąskę — odezwał się pan Brooke, patrząc na zegarek. — Intendencie, rozpal ogień i przynieś wody, a panna March, panna Salomea i ja nakryjemy stół. Kto umie robić dobrą kawę?

— Ludka — odrzekła Małgosia z zadowoleniem, że może polecić siostrę.

Ludka, pewna siebie po lekcjach gotowania, wzięła się za imbryczek. Dziewczynki poszły zbierać suche gałęzie, a chłopcy rozpalili ogień i przynieśli wody z pobliskiego źródła. Miss Katarzyna szkicowała, a Franek rozmawiał z Elizą, która wyplatała małe maty z sitowia, mające służyć za półmiski.

Naczelny wódz z pomocnikami wkrótce ustawili na przykrytym obrusem stole ponętne pokarmy i napoje, pięknie ozdobione w zielone liście. Ludka oznajmiła, że kawa już gotowa, i wszyscy zasiedli do wesołej uczty, bo ruch rozwija apetyt w młodzieży. Było to bardzo ożywione śniadanie, wszystko bowiem wydawało się nowe, zabawne, i częste wybuchy śmiechu wystraszały sędziwego konia, pasącego się w pobliżu. Z powodu nierównych nóg u stołu szklankom i talerzom przytrafiały się nieszczęśliwe wypadki; żołędzie wpadały do mleka, czarne mrówki, bynajmniej nieproszone, częstowały się chłodnikiem, a kosmate gąsienice spuszczały się z drzewa, żeby zobaczyć co się dzieje. Troje jasnowłosych dzieci zaglądało przez płot, a kłótliwy pies szczekał na nie z całej siły po drugiej stronie rzeki.

— Proszę, to sól, jeżeli chcesz — rzekł Artur, podając Ludce salaterkę z poziomkami.